Klimaty Łagowskie

Klimaty Łagowskie

1 grudnia 2019


Winiarnia Gronów – produkcja win owocowych...


Nie znamy daty budowy Winiarni, czy też pierwszego przeznaczenia obiektu jak też nazwiska właściciela i zakresu produkcji czy kierunku sprzedaży ...


Poniemiecka budowla z bocznicą kolejową, produkująca do 1945 roku Spirytus surowy, podobnie jak gorzelnia w Lagow na Ritter Gut przy ul. Selchowstrasse /Żelechowskiej/ Mostowej była obiektem na pewno ściśle wprzęgniętym w ekonomiczne realia pruskich Niemiec. Winiarnia Gronów Ritter Gut w Lagow, to do 1945 roku obszar, którym zarządzał zięć baronowej Margot Wurmb von Zink, graf Richard Puckler v. Limpurg. Powojenne losy obu obiektów, to Gronów, to Przedsiębiorstwo Produkcji Leśnej „Las”, w Łagowie, to utworzenie po 1948 roku Państwowego Przedsiębiorstwa Gospodarstw Rolnych, Zakładów Rolnych potocznie nazywanych PGR-ami. Powojenne przysposobienie obiektu w Gronowie nastąpiło w 1949 roku i stało się zakładem produkującym wina owocowe i marmolady. Decyzjami władz polskich - Spółdzielczości Pracy Przemysłu Drzewnego w Świebodzinie, pierwszego właściciela dla Przedsiębiorstwa Produkcji Leśnej „Las”, które rozwijało się lokalnie i w całym kraju tworząc nowe Zakłady i zakresy prowadzonej produkcji oraz struktury organizacyjne, a także tereny ich działalności: Trzciel, Nowy Tomyśl, Świebodzin, Gorzów Wlkp., Skwierzyna i in.

Winiarnia Gronów

PPL „Las” rozpoczęło działalność 01.01.1978 roku i opierało swoją działalność na produkcji drzewnej i spożywczej, a polegającej na pozyskiwaniu, skupie, zbyciu runa leśnego, z sadów, warzyw i ziół, trzciny, rogożyzny, mięsa dziczyzny, królików, ptactwa, wyrobów produkcji drzewnej i spożywczej, wikliniarskiej, upraw krzewów, roślin miododajnych, owocodajnych i przemysłowych, pieczarek i in., w tym zwierząt futerkowych, zwierzyny łownej i ptactwa.

Przejęcie wytwórni Win w Gronowie od Spółdzielni Pracy Przemysłu Drzewnego w Świebodzinie nastąpiło 30.06.1961 roku decyzją ministra Leśnictwa i Przemysłu Drzewnego Romana Gesinga. Przejęcie to, następowało w ramach przekazywania przedsiębiorstw lub ich części pomiędzy jednostkami gospodarczymi, a jednostkami spółdzielczymi. Na początku lat 60-tych, kierownikiem Winiarni przez kilka lat był p. Franciszek Suchecki, a po nim Jerzy Czech.

Winiarnia Gronów

Protokół zdawczo-odbiorczy z dn. 03.01.1962 roku i prośba o wydzielenie mieszkania służbowego (2 pok. + łaz.) dla kierownika został sporządzony w IV/1962 roku. Obiekt posiadał dom mieszkalno-biurowy z dwoma pokojami gościnnymi (tam zamieszkała rodzina kierownika). Z uwagi na plany rozwoju Winiarni wystąpiono do Lasów Państwowych o wydzielenie nieruchomości 0,92 ha w 1969 roku, aby planować rozwój i umieszczenie nowych tanków do zlewania wyprodukowanego wina. Rozwój produkcji i rozbudowa następowała w latach 1972-1973.

Po roku 1990, od 1992 następował schyłek działalności i rozwoju ZPPL „Las” i w stan upadłości postawiono przedsiębiorstwo, a stan upadłościowy trwał od 1995 do 1998 roku. Różne były też koleje postępowania w 10-ciu zakładach produkcyjnych i w 11-tym, jakim była Winiarnia w Gronowie.

W dniu 23.02.1993 roku odbył się Przetarg na sprzedaż Winiarni Gronów stojącej na działce Nr 146, o pow. 1,50 ha opisanej w KW jako wieczyste użytkowanie do roku 2089. Sprzedano całość Winiarni, a kupiła ją Spółka z o.o. „Alfa” za kwotę 3.030.000.000 (ponad trzy miliardy PLN przed zmianą wartości złotego). Nabywcą został Czesław Cilindź. Całość wystawiona pod przetarg była jeszcze w biegu produkcji ... . Winiarnia Gronów Obiekt posiadał w magazynach i na linii przerobu moszcze, półfabrykaty, przedmioty nietrwałe w fermentowni i leżakowni. Ostatnią kierowniczką Winiarni była inż. Halina Stołecka, bo jeszcze w 1993 i 1994 roku.

Jak wynika z przeglądu materiałów archiwalnych w Archiwum Państwowym w Zielonej Górze, z końcem lat 70-tych XX wieku kierownikiem Winiarni był Stefan Banaszkiewicz i przez te lata były widoczne potrzeby unowocześnienia Winiarni. Obiekt pracował na dwie zmiany przez lata, ze szczególnym nasileniem gdy przybywało owoców do przerobu ... .

Jednym z problemów w obiekcie było zużycie dzienne wody w ilości 30 m3 i podstawą działania były sprawne studnie głębinowe. Pomiędzy ZPPL „Las”, UW Zielona Góra, Sanepidem Świebodzin krążyła korespondencja w ważnych dla firmy sprawach: kocioł palnikowy, odprowadzanie ścieków pod kontrolą do lasu i zgoda na te czynności, zgoda do zrzucania ich w lesie k/ Łagowa metodą drenażu, to były istotne problemy.

Winiarnia Gronów

Mała Winiarnia produkowała rocznie 500 tys. litrów wina, a w pewnym okresie produkcji także soki i marmolady. Przy 30-to osobowym zatrudnieniu całorocznym, całość musiała być dobrze zarządzana.

Dzięki modernizacji ujęć wody, nowym odwiertom, swoje funkcje spełniały studnie głębinowe Nr 2 i 3, podczas gdy Nr 1 zasypano (prawdopodobnie jeszcze niemieckie ujęcie). Już w 1957 roku okazało się, że dotychczasowe ujęcie wody o 30-33 metrach głębokości jest za małe i uzyskano zgodę do wykończenia wierceń wykonując je do głębokości 100 metrów. Winiarnia zużywała rocznie 16 tys. m3 wody pitnej z obu studzien, a zrzucała jako ścieki 15 tys. m3 po ich wewnętrznym utworzeniu.

Na terenie Winiarni był czynny poniemiecki komin o wysokości 29 metrów i średnicy 800 mm (80cm), którym bezpiecznie utleniały się w powietrzu wytwarzane spaliny. W lokalnej Winiarni pracownikami byli i dojeżdżali do pracy mieszkańcy okolicznych wsi - Łagowa, Poźrzadła, Świebodzina, Toporowa, Gronowa i in. Dużym opisanym problemem przy starzejącym się zakładzie były w latach 80-tych kontrole sanepidowskie, które ujawniały szereg niedociągnięć w codziennej czystości bieżącej zakładu, dbałości o mienie, szacunek do powierzonego sprzętu (patrz archiwalne protokoły kontroli). Te problemy, nowe wymogi produkcji i nadchodzący czas spowodował zamknięcie zakładu produkcyjnego.


Zdjęcia archiwalne
D. Krajewska (2)
R. Bryl (2)
Wykorzystano zbiory archiwalne
Archiwum Państwowego Z. Góra


Opracował:


Ryszard Bryl








6 listopada 2019


Wywozili jak swoje


Rosjanie wypili lub wywieźli z Zielonej Góry 200 tys. litrów szampana, 200 tys. litrów wina i 50 tys. litrów koniaku.

Z fabryki przy ul. Przemysłowej w Gorzowie zabrali urządzenia za 500 mln zł.


17 lipca 1945 roku w Poczdamie rozpoczęła się kolejna – trzecia- konferencja przedstawicieli wielkich mocarstw. Pomijając kwestie jakie podejmowali wielcy ówczesnego świata warto wspomnieć, że jednym z tematów była sprawa polskich granic zachodnich. ,,Wielka trójka” nie mogąc dojść do konkretnych uzgodnień postanowiła oddać pod polską administrację ziemie na wschód od Odry i Nysy Łużyckiej, część Prus Wschodnich i Wolne Miasto Gdańsk zaznaczając jednocześnie, że ostateczne decyzje zostaną podjęte w trakcie konferencji pokojowej z Niemcami, czyli w bliżej nie określonym czasie. Skąd ta dziwna formuła? Można przypuszczać, że mocarstwa zachodnie w końcu zdały sobie sprawę, że Polska jest skazana na życie w kręgu Moskwy i nie ma potrzeby wzmacniać jej terytorialnie.

Zwycięstwo było porażką

Postanowienia konferencji poczdamskiej były kolejną klęską Polski. Sytuacja taka powodowała, że tereny dzisiejszego województwa lubuskiego traktowane były przez Rosjan z jednej strony jako część radzieckiej strefy okupacyjnej, z drugiej – pomału były przekazywane administracji polskiej, ale w jakim stanie ?

Bolesław Bierut i Hilary Minc nie interesowali się stanem przejętych terenów, zakładów przemysłowych na terenach zachodnich i co więcej zgadzali się nawet na najbardziej irracjonalne radzieckie propozycje gospodarcze. Przykładem jest zgoda na przejęcie przez ZSRR 51 proc. udziałów z przedsiębiorstw otrzymanych na ziemiach zachodnich i północnych. Innym razem Wiaczesław Mołotow w trakcie rozmów na kremlu stwierdził, że z sum reparacji wojennych należnych Polsce, a wypłacanych za pośrednictwem ZSRR, trzeba odliczyć 6 mld dolarów jako różnicę wartości majątku nabytego na zachodzie i utraconego na wschodzie. Zirytowany takim postawieniem sprawy Stanisław Mikołajczyk stwierdził, że Rosjanie wywieżli większość fabryk, majątku ruchomego i inwentarza z ziem zachodnich i północnych, stąd taka różnica jest wyraźnie niesprawiedliwa. Zachowując niezmącony spokój W. Mołotow odpowiedział, że wartość demontowanych fabryk nie przekracza 500 tys. dolarów.

Nawet bryczki wywieźli

W Archiwum Państwowym w Zielonej Górze z siedzibą w Starym Kisielinie znajduje się nadzwyczaj interesujący dokument, który jednak w sposób niepełny pokazuje, jakie straty poniosła Ziemia Lubuska od 1945 do połowy 1946 roku. Dokument ten składa się z dwóch rodzajów tabel. Tabela I obejmuje należności za świadczenia na rzecz wojsk radzieckich, tabela II pokazuje, jakie odszkodowania za zabrane lub zniszczone urządzenia i nieruchomości należałoby uzyskać od ZSRR. Tabele obejmują miasta wydzielone i powiaty, co ciekawe straty zostały oszacowane w złotych sprzed 31 sierpnia 1939 r.

Nie sposób przedstawić całego dokumentu na łamach ,,GL”, jednak dla zobrazowania ogromu strat przytoczyć należy kilka wybranych pozycji (pisownia zgodna z oryginałem).

W Gorzowie Wlkp. ,,całkowicie wywieziono urządzenia fabryki ciężkiego przemysłu wojennego Panksch i Glueckauf przy ul. Przemysłowej 9” o wartości 500 mln złotych ,, wywiezienie maszyn i urządzeń oraz fabrykantów fabryki maszyn rolniczych, kotłów parowych i motorów spalinowych Jehne u Sohn” o wartości również 500 mln zł. ,,Młyn wodno- motorowy w Gorzowie, ul. Kr. Ducha – wywiezione urządzenia i zdewastowane nieruchomości”, wartość zniszczeń oszacowane na ,,jedyne” 250 tys. zł, ale również podano nazwisko dowódcy oddziału odpowiedzialnego za zniszczenia, był to płk Dragun. Na mln z zł wycenili Polacy surowiec, który Rosjanie zabrali z fabryki rymarsko – siodlarskiej przy ul. Chrobrego 7. Zniszczenia w Gorzowie zawarły się w 32 pozycjach wykazu, a straty łącznie oszacowano na 1.160.909.428 zł.

Komendant wojenny por. Iwan Filipow i jego zastępca mł. Por. Iwan Szyto odpowiedzialni byli za straty w Łagowie w wysokości około 8,4 mln zł. Zniszczono tu m.in. urząd gminy, urząd pocztowy, dworzec, mleczarnię, 37 budynków mieszkalnych i zabudowań gospodarskich.

Nie tylko 4 mln kg mączki kartoflanej wartości 400 tys. zł wywieźli Rosjanie z Sulęcina, ale i także 400 krów. Z miasta zabrali „100 sypialń, około 100 gabinetów, 100 pianin, bielizny, odzieży, zastaw stołowych. Brali także Polacy. W dokumencie jest mowa o tym, że batalion sanitarny 5. Dywizji Wojska Polskiego w sierpniu i wrześniu 1945 r. zabrali z gminy Lubomierzyce „50 całkowitych umeblowań domowych, 80 kompletów jadalń, 80 kompletów sypialń”. Na czyje polecenie i dokąd wywieźli ten sprzęt Polacy ?

To, co Rosjanie zabrali z powiatu krośnieńskiego, oszacowano na 70.610.459 zł. Szczególnie duże straty spowodował ,,oddział trofejny w Dychowie i Raduszczu pod dowództwem płk Nalotowa, a następnie mjr Ryjwien, kmdt Kaczew”. Ich dziełem było „zniszczenie i wywiezienie urządzeń domowych, maszyn, dzieł sztuki, urządzeń szpitalnych, środków leczniczych” o łącznej wartości 34.552.920 zł. Ucierpiały również warsztaty mechaniczne w Krośnie przy ul. Poznańskiej (droższe maszyny wywieziono, pozostałe zniszczono) ich straty oceniono na 458 tys. zł.

„Batalion roboczy III rota nr p-ta pol. 39275 oraz jednostki stacjonujące w Świebodzinie nr sam. 37607” odpowiedzialny był m.in. za to, że „wywieziono urządzenia i materiały w tartaku w Bytnicy i uszkodzono bocznicę i 3 baraki mieszkalne” (743.029 zł). Zniszczone zostały „elektrownia wodna w Dajchowie (Dychowie) z turbinami Voitha i generatorami Siemensa o np. 10,5 Kw” i ,,elektrownia wodna w Raduszczu Starym”, łącznie straty to ok 12 mln zł.

Straty poniesione przez powiat świebodziński oszacowano na około 635.633.690 zł. Na tą sumę złożyły się m.in. wywiezione maszyny i urządzenia z: płatkarni, mleczarni, suszarni i mączkarni, z fabryki maszyn rolniczych i elektrowni. Z tego terenu wywieziono wyposażenie z prywatnych mieszkań o wartości 60 mln zł.

Zielona Góra poniosła również poważne straty w wyniku działalności administracji i wojsk radzieckich. „Zdewastowano względnie wywieziono maszyny (540 szt.) urządzenia elektrowni z turbinami o 2000 Kw. i kotłownie oraz materiały z Zaodrzańskich Zakłady Budowy Mostów i Wagonów w Zielona Góra” (14,5 mln zł). Oddział wojsk radzieckich w dokumencie oznaczony numerem 35751 powinien zostać obciążony sumą 2,6 mln zł "za zużyte względnie wywiezione 200 000 litrów szampana, 200 000 litrów wina, 50 000 litrów koniaku z fabryki win musujących Grempler”.

Wywieźli np. 42 traktory z gminy Bledzew, 134 bryczki z gminy Przytoczna, 6 tys. ton siana z gminy Górki Noteckie, urządzenia tartaków w Bobrówku, Skwierzynie....

Przykłady zbrodniczej działalności wojsk radzieckich można by mnożyć. Jako podsumowanie niech posłuży następujące zestawienie: należności za świadczenia na rzecz wojska wynoszą około 66.738.733 zł, a odszkodowania za wywiezione lub zniszczone urządzenia i nieruchomości oszacowano na 2.560.731.719 zł, co łącznie daje sumę 2.627.470.452 zł. Według przybliżonego kursu walut z 1938 roku 1 dolar USA miał wartość około 5,30 zł, co dawało w przybliżeniu około 500 mln dolarów amerykańskich, a Mołotow mówił o 500 tys. dolarów.


Wykorzystano:
Gazeta Lubuska
20/21.10.2001r.
Magazyn


Opracował:


Doc. dr Bogdan Biegalski
PWSZ Sulechów






5 października 2019


O Zamku Joanitów w drugiej połowie XIX wieku w Lagow i co wykonał graf Hugo Wrschowetz Sekerka von Sedczicz


Wymieniony w tytule tekstu graf/hrabia miał swoje pierwotne, rodzinne pochodzenie z Czech. Hugo Wrschowetz Sekerka von Sedczicz W 1856 roku kupuje od rodziny von Armin, która najkrócej posiadała Zamek (1852-1856) i majątek ziemski Falkenberg / Sokola, Jastrzębia Góra także Ritter Gut zwany, a posadowiony na wzgórzu w kierunku Selchow / Żelechów zwłaszcza w czasie, gdy właścicielem był graf Hugo...

Taka historyczna możliwość zaistniała w Prusach, gdy dekretem królewskim z 30.10.1810r, rozwiązano Zakon Joannitów, także inne Zakony i związki wyznaniowe, choćby Zakon Cystersów w Gościkowie – Paradyżu (Paradies /Niebo) jako przedsięwzięcia sekularyzacji państwa. W latach 1810-1818 jest to, domena (własność państwa) i powstają decyzje, aby duże i wielkie majątki rycerskie, kościelne łączyć lub dzielić oraz sprzedawać licząc od 1812 roku.

Wzgórze Falkenberg nosi nazwę od nazwiska i drugiego właściciela dóbr gen. Barfusa Falkenberga w latach 1834-1843, gdzie była nazwa lokalna Berg i stał tam wiatrak do lat dwudziestych XX wieku. Podobną nazwę z XIX wieku nosi inne wzgórze w Lagow, w pobliżu Hugo Wrschowetz Sekerka von Sedczicz Zamku i kościoła ewangelickiego, do którego jako stworzonego wówczas cmentarza (drugiego)prowadzi kilka szlaków pieszych. Cmentarz duży, teraz zniszczony, dotrwał czynny do 1945, obecnie zaniedbany, resztkowy. Zamek Joanitów ulegał zniszczeniu, właściciele mieszkali gdzieś indziej i dopiero jego piąty właściciel Hugo Wrschowetz zatrzymał jego dewastację, a otrzymane pieniądze po śmierci brata przeznaczył na odbudowę zamku, murów warowni oraz całego otoczenia wokół zamkowego podzamcza wraz z rozbudową murowanego już kościoła - "wokół kościoła stały obory, stajnie, chlewnie i inne zabudowania gospodarcze, więc w kościele słychać było ryczenie krów i kwiczenie świń”.

Hugo hrabia Wrschowetz po tym jak na Falkenberg/ Sokolim Wzgórzu jego kuzyn, wytrawny różdżkarz, odkrył źródło wody, postanowił przenieść wspomniane budynki wraz z czworakami i gorzelnią- tak powstawało nowe miejsce pracy, nowe budynki. Zbudowano gorzelnię w 1884 roku i wtedy i do początków 1993 roku pracowała, dawała pracę ludziom w PPGR, do czasu likwidacji. Hugo Wrschowetz Sekerka von Sedczicz Zbudowana i modernizowana gorzelnia z urządzeniami doprowadzającymi i odprowadzającymi wodę z jeziora Łagowskiego.

Na tym obszarze powstały wtedy też mieszkania pracownicze dwojaki, trojaki, czworaki dla pracowników rolnych oraz większym budynkiem dla zarządcy (Rządcówka) zwanym w PRL dworem lub pałacem. Także z tej gorzelni, po modernizacji podziemnymi rurami tłoczono wytłoki jako karmę dla świń i krów. W tym budynku, po 1948 roku zlokalizowano PPGR z biurami, mieszkaniami dla rodzin, stołówką i innymi.

W roku 1889 w Lagow umiera graf Hugo Wrschowetz Sekerka von Sedczicz, a jego dobra otrzymuje baronowa Margot Wurmb v. Zink i jest właścicielką do 1945 roku. Córka baronowej Wanda na początku XX wieku wychodzi za mąż za hrabiego Richarda Puckler und Limburg i otrzymują w posagu majątek rycerski, czyli wspomniany Ritter Gut. We wrześniowym roczniku publikujemy Nr 29/19 nazwiska ówczesnych pracowników i mieszkańców Zamku Joannitów, podzamcza oraz Ritter Gut.

...w roku 1856 Zamek już wcale nie nadawał się do zamieszkania - schody prowadzące na górę były bez zamknięcia, wszystko stało otworem, w sali rycerskiej buszowały króliki i bawiły się dzieci z miasta - mury warowni były zrujnowane...


Korzystano z opracowań
zebranych w archiwum "KŁ”
z wiedzy byłych mieszkańców
Lagow do 1945 i ich tekstów...


Opracował:
zdjęcia z kaplicy cmentarnej w Łagowie (1929)


Ryszard Bryl








1 maja 2016


Powtarzamy - To warto wiedzieć


Piszemy o przedostatnim właścicielu

Zamku Joannitów i Rittergut (1856 - 1893)


Ród Wrschowetz’ów, wg S. Sinapius’a. I. Str. 274

Ten hrabiowski ród przybył do Czech z Chorwacji wraz ze swym spokrewnionym przyjacielem Księciem Czechem w roku 644; ród ten równocześnie dążył do przechwycenia korony czeskiej, a kiedy pominięto go po wymarciu męskiej gałęzi po Czechu ok. roku 700-tnego, ród podjął starania, by wyeliminować innych pretendentów do tej korony, lub oddać Czechy pod władzę Polaków, a gdy się to nie udało – ród musiał opuścić kraj i udał się do Polski. W herbie ród miał więcierz na ryby, co po czesku nazywa się wrsz i wg tej nazwy przyjęli swoje nazwisko i tak też nazwali wybudowany ok. 730 r. zamek. W Polsce otrzymali przydomek Aksa lub Oksza i tak się rozmnożyli, że swoje pochodzenie od nich wywodzi ponad dwadzieścia rodzin. Ich herbem jest biały topór na czerwonym tle, a na szyszaku umieszczona jest korona, a jeszcze wyżej ten sam topór, który swym ostrzem wdziera się w koronę. Ten topór/ siekierę dostali w Polsce w roku 1109, kiedy czeski książę Świętopełk pomógł cesarzowi Henrykowi V w wojnie przeciwko polskiemu królowi Świętopełkowi III, którego armia stała na Śląsku pod Wielkim Głogowem. Wtedy Jan Wrschowetz , syn Tiszy, który do boju stanął po stronie polskiego króla, przeszył strzałą serce księcia Świętopełka, a przed ścigającymi go za to obronił się włócznią i siekierą. Za ten czyn otrzymał od polskiego króla wiele dóbr, a do herbu siekierę. Później jednak, za czasów panowania czeskiego księcia Fryderyka, Racibórz Wrschowetz dzięki swej waleczności doprowadził do podporządkowania całych Moraw władzy czeskiej, za co doszło do pojednania całego rodu z Czechami i ród ten wrócił do Czech, świadcząc znaczne usługi dla tego królestwa. Swoje nazwisko rodowe poszerzył o pobraną z herbu siekierkę, dodając doń słowo „Sekerka” (co po czesku oznacza małą siekierę).

Dotarła do mnie prośba, by napisać o wujku mego męża, Hugonie hrabim Wrschowetz Sekerka von Sedczicz tyle, ile tylko zdołam sobie przypomnieć. Ja hrabiego bardzo poważałam i lubiłam i napiszę o nim z przyjemnością. Nie napotkałam ani przedtem, ani potem, drugiego takiego człowieka, który podobnie jak hrabia, umiałby połączyć w życiu szlachetność i chrześcijaństwo, co wręcz jasno z niego promieniowało.

Hugo hrabia Wrschowetz (nazwisko jest pochodzenia czeskiego – patrz załącznik) urodził się 02.listopada 1809 r. w Götzhofen (Prusy Wschodnie). Tam spędził swoje lata młodzieńcze razem z bratem i siostrą. Brat później został na zamku Eller, niedaleko Düsseldorfu, podskarbim Jej Królewskiej Wysokości, owdowiałej księżniczki po Fryderyku Pruskim. Siostra wyszła za mąż za pana von Schmeling; ich córka żyła później długi czas w Łagowie. Matka trójki dzieci Wrschowetz’ów była z domu von Gregorsky; to była kobieta modlitwy i głębokiej wiary. Wujek opowiadał, jak często widywał mamę z otwartą biblią na podołku.

Młodzi hrabiowie wraz z siostrą wyrastali więc w klimacie świętości, będąc kochanymi i szanowanymi przez wszystkich. Każdego 24.czerwca, czyli w dniu urodzin matki, rodzice pielęgnowali zwyczaj, by z dziękczynieniem wyjeżdżać na pola i chwalić Tego, który nad wszystkim rozpościera swoje troskliwe ręce. Dzieciom nie umknęły odbierane przy tym wrażenia. Zapamiętany zwyczaj kochany wujek przestrzegał również w Łagowie.

Hugo hrabia Wrschowetz służył w 2-giej Gwardii Ułanów w Poczdamie. Tam zapoznał baronównę Luizę von Brenn, córkę pruskiego Ministra Państwa. Jak już wspomniałam, wujek był ogromnie bogobojny i człowiekiem modlitwy, więc i tym razem zapytał Boga, kto ma być jego żoną. Wtedy usłyszał z góry wyraźnie: Luiza. Tak więc wziął ją z ręki Boga, a ona stała mu się prawdziwą pomocnicą i towarzyszką życia. Do tego małżeństwa nawiązuje mój stosunek pokrewieństwa, gdyż siostra młodej hrabianki po raz pierwszy wyszła za mąż za pana von Wurmb, a w roku 1883 jako pani von Gutzmerow stała się moją teściową.

Uroczystość weselna hrabiostwa Wrschowetz’ów miała miejsce w dniu 09.grudnia 1849 r. Obraz hrabiny jako narzeczonej znajduje się jeszcze dzisiaj na zamku. Z tego małżeństwa zrodził się mały synek, który zmarł w pierwszych tygodniach życia. Chociaż strata ta była dla rodziców bardzo bolesna, to później jednak wujek powiedział: „Pan wiedział co robi, zapewne źle wychowalibyśmy to dziecko”. Później powtarzał mały dwuwiersz: „Gdy mali spadkobiercy nieba umierają w swej niewinności, to się ich nie traci. One tam w górze podnoszone są przez Ojca, by nie być straconymi”. To małżeństwo pozostało już na zawsze bezdzietne.

Wujek został później adiutantem księcia Fryderyka-Karola Pruskiego, który nie nazywał go nigdy inaczej niż „Wrschowetz, moja dobra gwiazda”. Razem z księciem podejmował dalekie podróże, nawet aż na dwór Rosji. Jeszcze później został komendantem Czarnych Huzarów w Poznaniu. Na namalowanym przez Klarę Oenicke w 1857 r. obrazie wielkości naturalnej, znajdującym się w zamku, przedstawiony został właśnie w mundurze tych huzarów.

Potem, gdy w roku 1856 rozstał się ze służbą wojskową, uznał za swój obowiązek, by – w oparciu o zasoby żony – kupić jakiś majątek ziemski. Długo rozważał pomiędzy dobrami rycerskimi w Götzhofen, a Łagowem. Dawniejsza posiadłość jego rodziców w Götzhofen była w międzyczasie już dawno sprzedana, ale na nowo oferowano mu ją do kupna. Serce ciągnęło go w tamte strony, ale wybrał Łagów (ok. 2.000 mórg ziemi i 800 mórg lasu). A gdy po modlitwach zdecydował się na zakup w Łagowie, napisał do swej żony: „Luizo, kupiliśmy sobie kupę kamieni”.

Niewiele lat później znalazł się wraz z hrabiną w pewnym kościele. Pastor mówił o tym „z jakim trudem bogacze wejdą do Królestwa Bożego”. Słowa te tak wstrząsnęły wujkiem, że prosił Boga o wskazanie drogi, po której może do tego Królestwa dojść. Wtedy usłyszał wyraźnie i głośno wypowiedziane słowo: Tholuck. On odwrócił się, ale nikogo w ławce nie było. Zapytał swoją żonę: Kto to jest Tholuck? Ta odpowiedziała mu, że jest to znany teolog w Halle. Tak więc oboje udali się tam na pół roku. W ten sposób kochany wujek siedział w ławce teologicznej szkoły i uczył się od początku od tego głęboko wierzącego człowieka, że jedyną drogą, którą należy kroczyć, jest Jezus. Od tego czasu stał się zdecydowanym uczniem Jezusa Chrystusa. Takim poznałam go w roku 1883, będąc wówczas już narzeczoną, a potem widziałam jak dojrzewa na człowieka wiary i pełnej miłości. Jemu również zawdzięczam to, że sama później, zresztą nigdy przez niego do tego zmuszana, wstąpiłam do Łodzi Życia Wielkiego Mistrza.

Co się tyczy Łagowa, to wypełniły się słowa wg Mateusza 6, 33: „Zabiegajcie najpierw o Królestwo Boże, a wszystko inne będzie wam dodane”.

Gdy hrabia z hrabiną sprowadzili się tu do zamku, był on właściwie całkowicie nie do zamieszkania. Wielkie sale, złe podłogi, niedobór pieców. Hrabia od razu wiedział, co z tym trzeba zrobić. Salę północną podzielił na bibliotekę, na obecny zielony pokój mieszkalny i na dwa gabinety. Wprowadził konieczne piece i miał przyjemną, ciepłą kwaterę zimową. Schody prowadzące na górę były bez żadnego zamknięcia. Wszystko stało otworem. W sali rycerskiej buszowały króliki i bawiły się dzieci z miasta, gdyż nie było ani okien ani drzwi, bądź były w całkowitym rozpadzie. Mury warowni były w rozsypce. On je odbudował i zbudował drogę do wyjazdu. Wokół kościoła stały wszystkie zabudowania gospodarcze i słychać stamtąd było ryczenie krów i kwiczenie prosiąt. Na obecnym placu herbacianym była gorzelnia. Wozy z gnojem musiały na Jastrzębią Górę przejeżdżać przez miasto, gubiąc co nieco po drodze. Tak więc mniej więcej koło roku 1860 zdecydował się hrabia, by wszystkie zabudowania gospodarcze wybudować tam na górze. Obok skromnych przychodów czynszowych z gospodarstwa i przychodów z lasu hrabia miał do dyspozycji jedynie swoją pensję (emeryta wojskowego – przyp. J.G.), a ponieważ połowa z jego przychodów należała się Królestwu Bożemu, więc z pozostałą połową mógł prowadzić jedynie bardzo skromne życie. Ale Pan błogosławił mu na każdym kroku. Od Fundacji Schöning’a udało się uzyskać większy kapitał. Prace nad przeniesieniem zabudowań gospodarczych na Jastrzębią Górę rozpoczęły się dopiero po tym, jak jego kuzyn hrabia Wrschowetz, znany różdżkarz, odkrył tam źródło wody.

Hrabia miał nadzwyczajne wyczucie piękna i dbał o skrajnie wzorcowy porządek. W murze nie mógł nigdy brakować najmniejszy kamień; gdy dostrzegł coś takiego, natychmiast doprowadzał to do porządku. Zapobiegał dzięki temu konieczności dokonywania dużych napraw.

Cała jego istota wypełniona była duchem Boga. Widziałam go na rok przed jego śmiercią, gdy będąc jeszcze tutaj, już odleciał z tej ziemi. Dziwiłam się, że nikt tego nie widział. U niego urzeczywistniły się słowa: „Kto wierzy we mnie, to z niego – jak mówi Pismo – popłyną strumienie wody żywej”. Odszedł do Domu z uduchowionym uśmiechem na twarzy, wzrokiem skierowanym ku górze, nie chorując przedtem na żadną chorobę. Jego żona przeżyła go o 7 lat.

Kiedy wujek zamknął dla tego świata swoje kochane oczy (19.lutego 1889 r.), wówczas ludzie z miasta i okolic powiadali: utraciliśmy ojca. Natychmiast po tym, jak rozeszła się wiadomość o tej śmierci, do hrabiny Wrschowetz zameldował się leśniczy królewski z prośbą, by pozwolić mu osobiście przenieść zwłoki hrabiego z jego łoża śmierci do sarkofagu. Historię tej zaskakującej proźby muszę koniecznie opowiedzieć, gdyż być może przyda się ona komuś do przemyśleń i do błogosławieństwa.

Jeszcze za życia hrabiego modlono się dawniej w kościele w intencji hrabiostwa panującego na zamku. Pewnej niedzieli ta modlitwa się nie odbyła. Hrabia, zdziwiony, dociekał przyczyn. Wtedy się dowiedział, że ów leśniczy sprzeciwił się w gminie kościelnej temu obyczajowi. Od tej chwili zaniechano tej modlitwy, bo wymóg był taki, iż na taką błagalną modlitwę muszą zgadzać się wszyscy członkowie gminy bez wyjątku.

Wujek domyślał się, że leśniczy ma jakiś uraz do niego, ale nie potrafił ustalić powodu tej urazy wobec niego. Świadomość istnienia jakiejś urazy była dla hrabiego niezwykle bolesna. Pewnego dnia, przed pójściem na kolację, hrabia rozpamiętywał słowa Mateusza (5 wiersz 23 i 24). One nie dawały mu spokoju, więc poszedł do leśniczego, by poprosić go o przebaczenie, jeżeli kiedyś czymkolwiek nieświadomie uraził. Wujka uwierała świadomość, iż od czasu zaniechania tej modlitwy, grzeszy niechęcią do leśniczego. Leśniczy tą wizytą był tak zaskoczony i zmieszany, że nie był w stanie nic z siebie wydobyć. Odpowiedzią był tylko ciepły uścisk dłoni. Teraz wizyta zaowocowała ową szczególną prośbą leśniczego do hrabiny.

Wszystkim tym, co składali jej kondolencje, odpisywała, że dziękuje Panu za to, iż pozwolił jej przez 40 lat być u boku takiego mężczyzny.

Gdy hrabina po jego śmierci przeglądała rzeczy i papiery, odnalazła wszystko we wzorowym porządku. Każdy rachunek był zapłacony, znalazła się też niewielka, jej nieznana puszka, a na niej napis: na mój pogrzeb. W puszce znajdowały się na ten cel odłożone pieniądze, ażeby swej kochanej żonie wszystko ułatwić. Były też dokładne wskazania dotyczące organizacji pogrzebu i wyraźnie zaakcentowane życzenie, by na pogrzebie nie mówić o nim nic chwalebnego, ale odśpiewana ma być pieśń: Co Bóg czyni, jest dobrze uczynione.

Ja nie zapomnę nigdy słów pastora, który w kościele wygłosił mowę żałobną. On rzekł: ziemska korona mu umknęła, wieczna korona została mu przydana. Wódz poległ, sztandar opada, któż go podniesie? Wtedy krzyknęło we mnie głośno: ja! Więc gdy ok. roku 1897, by pogłębić swoją wiarę, przeszłam w stan konsekracji, Pan trzymał mnie za słowo.

Zamek Łagów, Wielkanoc 1935 r.
Margot Wurmb von Zink
z domu Hrabianka Rzeszy von Wylich i Lottum


Załącznik


Ród Wrschowetz’ów, wywodzący się z Czech, gdzie pewna miejscowość nosi ich nazwę, w swoim czasie bił nawet własne monety. Odcisk takiej monety znajduje się na zamku.

Ponieważ ród ten rościł sobie prawo do czeskiej korony królewskiej, to cała rodzina – wg przekazu historycznego – zaproszona została przez czeskiego Ottokara Dumnego na jego zamek na gościnną ucztę, a następnie przez nasłanych zbójców napadnięta i wymordowana. Ale małżonce Naczelnika Rodu udało się zbiec, a będąc przy nadziei urodziła po pewnym czasie chłopca, który stał się praprzodkiem wszystkich jeszcze teraz żyjących Wrschowetz’ów.

Na dworze czeskim hrabiowie Wrschowetz musieli pojawiać się przed swoim władcą z szczególną obrożą na szyi jako znakiem tego, że więcej nie podnoszą żadnych roszczeń do czeskiej korony królewskiej. Hrabia Hugo Wrschowetz opowiadał, jak to cesarz Austrii, podczas swej wizyty na dworze pruskim, zagadnął go pewnego razu w tej sprawie, używając słów: Panie Wrschowetz, Pan mi chyba nie będzie robił żadnych historii?

Hrabiowski tytuł uznany został w Prusach w roku 1717.


Posłowie


W dniu 2.lipca1948 r. zabrał do siebie Chrystus swoją pełną pokoju służebnicę Margot Wurmb von Zink, z domu Hrabianka Rzeszy von Wylich i Lottum, wywodzącą się z książęcego domu zu Puttbus, w wieku prawie ukończonych 84 lat życia. Jako wierna uczennica swego Pana i Mistrza Jezusa Chrystusa wyposażona została we wspaniałe talenty, co umożliwiało jej poprowadzić do Niego wielu ludzi.. Przez 40 lat służyła ona gminie na swej rodzinnej posiadłości: na zamku Łagów. Jej serce, jej dom, jej pieniądze – wszystko to stało do dyspozycji jej Pana. Mając lat 80 musiała uciekać ze swej ojczyzny. Za kostur wędrowca służył jej wers: „On wziął sobie do serca twoją wędrówkę przez tę wielką pustynię” (5.Mose 2, 7). Jej wiara zakotwiczona była w 1. Thess. 4, 14 – 18 i pozostała niewzruszona również w okresie jej ostatniego czasu cierpień. Jej miłość i dobroć były bezgraniczne.

My wiemy, że jest bezpieczna, a jej ukochane truchło ułożyliśmy tutaj na ostatni spoczynek. Wraz ze wszystkimi, którzy ją kochali i z wszystkimi, którzy jej dziękują, ustawiamy się za słowami: „Śmierć Jego świętych jest znakiem wartości przed Panem”(Psalm 116, 15).


Tłumaczenie: Jan Grzegorczyk, Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Mniejszości Niemieckiej w Zielonej Górze
grzegorczyk@tskmn.pl
Materiały opublikowano za zgodą strony niemieckiej z archiwum "KŁ"

Wanda hrabina von Pückler i Limpurg z domu von Wurmb
Margot von Wurmb Burgfarrnbach-Fürth, Schlosshof 12





28 sierpnia 2019


Kolej w obrębie Ziemi Lubuskiej – Łagów i okolice


Płynnie mkną pociągi po magistrali kolejowej Warszawa- Berlin. Czytając ten tekst, każdy podróżny pozna chętnie jej historię. Połączenia kolejowe Frankfurt nad Odrą – Poznań, Gubin- Poznań uruchomiono 26.06.1870 r. Linie te należały do Towarzystwa Kolei Marchijsko – Poznańskiej z siedzibą w Gubinie. Należy pamiętać, że po oddaniu sieci, priorytet miał odcinek kolejowy Gubin – Zbąszyń – Poznań, tor łączący Babimost do Zbąszynia łączył gubińską linię ze szlakiem Frankfurt – Poznań, który w pierwszym założeniu miał odgrywać drugorzędną rolę.

Stacja Kolejowa

Jeszcze przed pierwszą wojną światową wyszło w praktyce na to, że połączenie Frankfurt – Poznań zyskało prymat. W roku 1882 w/w trasy kolejowe zostały przejęte przez pruską kolej państwową. Zbąszyń pełnił wtedy rolę stacji granicznej po stronie polskiej. W latach 1920-1930 funkcje stacji granicznej pełnił Szczaniec na lni kolejowej Frankfurt- Poznań, a na linii Gubin – Poznań miasteczko Babimost.

W związku z przeniesieniem w 1920 roku granic, Niemcy zmuszeni byli do wybudowania po swojej stronie stacji granicznej Zbąszynek. Węzeł Zbąszynek oddano do eksploatacji w 1925 r. 15 mają 1930 roku przeniesiono częściową odprawę pociągów do Zbąszynka, w październiku 1930 Zbąszynek zaczął pełnić ważną funkcję granicznej stacji w całej rozciągłości obowiązków.

W ostatnim ćwierćwieczu XIX wieku, już w 1871 roku oddano otwartą linię kolejową Legnica – Czerwieńsk, w 1875 Rzepin – Kostrzyn. Te dwa odcinki wchodzą w skład aktualnej magistrali łączącej Szczecin z południem Polski. Ponadto na odcinku Frankfurt – Zbąszyń wybudowano podrzędną bardziej w znaczeniu linię Rzepin – Sulęcin w 1890 r. oraz w 1909 r. Toporów – Międzyrzecz.

Stacja Kolejowa

Jednotorowa linia kolejowa Toporów – Międzyrzecz długości 42 km została oddana po pracach koncepcyjnych od 1904 roku i budowie od 1907 do eksploatacji w 1909 roku. Była to trudna budowa – biegła pokonując wiele zakrętów, mostów, mostków, przepustów przez lasy bukowe, sosnowe, dębowe, szlakiem Puszczy Lubuskiej i przez bogate krajobrazowo Pojezierze Łagowskie, także pobliżu większych i mniejszych jezior. Cała trasa była urozmaicona krajobrazowo i technicznie bo pokonywała wzgórza polodowcowe i bagienno – torfowe doliny, sypano sztuczne nasypy, budowano mosty aby trasa była bezpieczna.

Do roku 1945 trasa ta należała do Dyrekcji Wschodniej we Frankfurcie i stanowiła północną odnogę Magistrali Wschód – Zachód. Obecnie zaś Toporów jest tylko zelektryfikowaną stacją przelotową pociągów międzynarodowych i istnieje sprawna technicznie i zadbana.

Wg przedwojennych założeń i planów rozwoju kolei na tych terenach miał być budowany 5 kierunkowy węzeł. Prognozowane przez Niemców linie kolejowe, których budowa nie doszła do realizacji spowodowana była wojną, kosztami, przesunięciami frontu i ustaleniami granic w 1945 roku. Łagów podczas pruskiego panowania rozwijał się niezbyt mocno, ale w XIX wieku i XX rozpoczęły się początki turystycznego odkrywania okolic Łagowa. To powodowało zbudowanie mostku (1902) zamiast kładki na kanale łączącym oba jeziora, budowanie kolejnych domów z cegły i kończyła się epoka budownictwa szachulcowego.

Stacja Kolejowa Oddanie linii kolejowej Toporów – Międzyrzecz w 1909 roku ( w dniu 01.08.1909) przez Gronów - Łagów – Sieniawę – Gościkowo – Kaławę – Nietoperek otwierało szerszy dostęp i kontakt do innych wsi i miast, do łatwiejszego i lepszego połączenia transportu.

Jak donoszą kroniki – w dniu 1.VIII.1909 po raz pierwszy przejechał pociąg z Toporowa do Łagowa, udekorowany girlandami kwiatów, był witany tłumnie i radośnie na nowej stacji, grała orkiestra. Następnie pociąg pokonał dalszą trasę do Międzyrzecza. Otwarcie linii kolejowej, możliwość łączności kolejowej aż do berlina pozwalało na wzrost znaczenia turystycznego jako nowej jakości Luftkurortu latem i zimą. I tak faktycznie było do zimy 1945 roku, powstawały hotele, pensjonaty, plaża, przystanie wodne, wielu mieszkańców mogło zarabiać dodatkowo. Łagów stawał się znany w Niemczech.

Stacja Łagów według założeń międzywojennych miała być stacją węzłową, plany zakładały połączenie Łagowa linią kolejową ze Skwierzyną. Linia tam miała przecinać tory z Rzepina do Międzyrzecza we wsi Templewo. Warto nadmienić, że Niemcy na obszarze opisywanym, który był obszernym, zagospodarowali go i przewidywali jako tereny wojskowe, specjalne, tajne i obronne. W latach 1930-1940 budowano skrycie Ost- Wall- Międzyrzecki Rejon Umocniony, porównywany do systemu umocnień francuskich Linii Maginota – dzisiaj wiemy, że Rosjanie w 1945 „zjedli” go z marszu. Pas umocnień fortyfikacyjnych ciągnął się od Kurska przez Kęszycę z bocznicą kolejową do dalszych celów wojskowych, Nietoperek, Kaławę aż po Boryszyn, Pieski i do okolic jeziora Paklicko. Mało lub prawie nieznany jest ciąg bunkrów w okolicach Czerwieńska, Skąpego i okolic z kolejnym planowaniem wykorzystania jezior i kanałów.

Po II Wojnie Światowej, dzieje tych terenów znów stały się inne, historia jeszcze objaśni nam jak gospodarowali tam Niemcy, a jak Armia Radziecka w latach 1945-1952. To do tych terenów teraz, gdy władze kolejowe, samorządowe lokalne, patrzyły inaczej toczyły by się pociągi kolejowych turystów, wędrowców, pasjonatów obszarów leśnych, wodnych, „wariatów” lokalnej turystyki i geografii, rajdów i pikników. Niestety, nigdy już nie pojadą na tej linii pociągi tak formowane dla turystyki....

Stacja Kolejowa

Po opisywanej linii kolejowej Toporów – Międzyrzecz dawniej przetaczały się niezliczone ilości pociągów osobowych, towarowych czy też specjalnych wojskowych dla ówczesnych celów polityki niemieckiej. Pociągi wg rozkładu już polskiego PKP z 1946 roku pokonywały trasę 42,5 kilometrów w czasie 1,5 godziny, natomiast w 1987 roku, w ostatnim jej „pracowniczym” życiu w 2,5 godziny.

Z żalem trzeba stwierdzić, że zajeżdżona, nieremontowana, na bieżąco, niekonserwowana droga żelazna, zawsze w PRL-u jako drugorzędna popadała w ruinę...

Nasuwa się wniosek, że w ten sposób PKP odstawiała się świadomie lub nie tylko na boczny tor sprawności kolejowej, a jej przydatności przez dziesięciolecia gospodarczej Polski nie można zapomnieć – pomimo jej lokalności tej części kraju. Ale działania lokalne, złożone jako suma przedsięwzięć daje wyniki po zawieszeniu prze PKP ruchu osobowego w 1987 roku, ruch towarowy odbywał się do 1993 i był czasowo zastępowany przewozami PKS. Od 16.03.1993 prze około rok, pod egidą ówczesnego wojewody dr. inż. Jarosława Barańczaka powołano w założeniu zastępczą, dochodową, inną Lubuską Kolej Regionalną w miejsce zamykanych co trzecią linią kolejową PKP, na dotychczas obsługiwanych ternach.

Stworzona Kolej Regionalna, to były zestawy pociągów duńskiej kolei DSB, która przekazała swoje pociągowe zestawy za darmo, dostarczyła do Polski, których było - 10 lokomotyw, 20 wagonów osobowych I i II klasy, a także inne potrzebne zasoby.

Kolej ta miała poruszać się prędkością do 160 km/h, ale nie po polskich niestety torowiskach. W tym czasie, faktycznie przewozy osobowe chyliły się ku nierentowności, ale nadal transport towarowy miał być dochodowy. Nastawał kryzys handlowy, zmiany ekonomiczne i polityczne w Polsce – przegrała Kolej Regionalna, upadły plany rozkwitu, nie wiedziano co zrobić z tym bogactwem z Danii, pewne zasoby darowizny kolejowej spaliły się na bocznym torze: LKR upadł w kolejowej rzeczywistości Zielonej Góry.


Wykorzystano:
Teofil Lijewski
"Rozwój sieci kolejowych w Polsce”
Zbiory prywatne – Miłosz Telesiński
zdj. Archiwum ,,KŁ”, R.B.

Opracował:

Mieczysław Federowicz
Ryszard Bryl







10 sierpnia 2019


To warto wiedzieć


Jeziorko bezodpływowe, zastoiskowe.


Ciekawostka Ekologiczna – odwiedziłem coś, co jest zapomnianą resztówką w łagowskiej przyrodzie, jej ekologii, tak jak parę innych znanych lub mniej ciekawostek dla tych co wędrują, jeżdżą rowerami, pamiętają jak było, a nie jest. Jeziorko bezodpływowe Piszę resztówką, gdyż pomiędzy rokiem letnich dni 2009, a latem 2018 i 2019 mamy widoki, kolosalne różnice na niekorzyść ochrony lasów, trzymania ekologii, dbałości o to, co dała przyroda - nie psujmy tego.

Stadia kolosalnej suszy wspomnianych lat- czy to wiosennego braku wilgotności, opadów deszczu, wielotygodniowej suszy i rozwoju zarastanie jeziorka, jego dna, porastanie wierzbą szarą, tam teraz dominującej, to koniec tej ciekawostki.

To ciekawe i kolejne zapomniane miejsce (choć powinno być inaczej) w Łagowie i jego bardzo ciekawym różnorodnym otoczeniu, w pobliżu innego już dawno oznaczonego miejsca Pawskiego Ługu, znanego już od 1931 roku u Niemców, dalej w Polsce. To miejsce, zagłębienie, to jeziorko bezodpływowe, które odnajdziemy idąc od Łagowa w kierunku Poźrzadła jeszcze przed Pawskim Ługiem i jest ok 300-400 m wcześniej, ale po tej samej stronie licząc od pamiątkowego kamienia oznaczającego budowę lepszej drogi z 1938r.

Jeziorko bezodpływowe

Z drogi asfaltowej jeziorko zasłonięte zakrzewieniem, młodym laskiem buczynowych drzewek. Schodząc małą skarpą z szosy, swobodnym skłonem, kiedyś nawet wjazdem, gdy był obszar zadbany, przecinka leśna, widzimy resztówkę jeziora.

Jeziorko bezodpływowe, dystroficzne, zastoiskowe, wytopiskowe, bo i tak jest określane, zarasta ostatecznie, a bez porządnych nawet wiosennych lub jesiennych opadów czy mokrego lata, które dają porcje wody, ale ciągle przybywa powierzchni torfowiskowej.

W ekologii - stan dystroficzny, to stan biologiczny jeziora, zawsze zawierający dużo związków humusowych, zakwaszonej wody z niedoborem tlenu i substancji pokarmowych, dających widoczną, ubogą jakościowo faunę i florę przy nieustannie zarastającym obszarze wodnym, dając nowe torfowisko.

Ta powierzchnia, to zarastanie wierzbą, tworzeniem torfowiskowego pła. Jeziorko bezodpływowe Całość obszaru można dobrze obserwować ze stromych skarp porośniętych ponad 100 letnim sosnowym lasem i buczyną. W okresie letnim, na lustrze wody kwitną tam żółte grążele i białe grzybienie, najczęściej błędnie nazywane liliami wodnymi. Wokół jeziorka biegnie oznakowana na korze drzew ścieżka turystyki pieszej wykonana siłami Stowarzyszenia Turystyki Pieszej i Rowerowej oraz Lasów Państwowych. Łagów, to obszar polodowcowych, trwałych śladów jakie pozostawiły swoim ,,przemarszem” przejścia lodowców.

Do jeziorka bezodpływowego można dotrzeć także od innej leśnej strony tego obszaru, od Jemiołowa, Barcikowa, od strony użytku ekologicznego drogą z kamienia polnego, jadąc np. do Koryt, czy jezior Malcz już w obszarze Poligonu Wędrzyn. W tym obszarze także zobaczymy dawniej zadbane, poniemieckie cieki wodne pozwalające pieszym dotrzeć do Pawskiego Ługu, jeziorka zastoiskowego, do szosy, do Pożrzadła. Warto tam być, warto docierać pieszo i rowerową wyprawą do fauny i flory tam dostępnej. Tak oglądamy ciekawostki ekologiczne, nieoznakowane, mało dostępne, nieznane.


Tekst i zdjęcia:

Ryszard Bryl






14 lipca 2019


Ciekawa okolica – wieś Zarzyń w gm. Sulęcin.


Do tej wsi, do 1945 roku o niemieckiej nazwie Seeren jak i do innych na Ziemiach Zachodnich, przybyło wielu osiedleńców ze Wschodu, z dawnych ziem polskich. I tutaj Niemców i tam w ZSRR Polaków w latach 1945-1948, a nawet do 1957 wysiedlono i przemieszczono, dawano obowiązek wyjazdu, czyli poszukiwania sobie nowego miejsca do życia. Dla tej wsi, przesiedleń i osiedleń przybyło, bo tak się stało z uwagi na tzw. strategiczne położenie i pomysły rządzących wówczas ! W latach 1949-1952, gdy w czasie powojennym, biednym, normalizującym się już, poważnie szykowano się do wojny dwóch systemów politycznych, czyli głównie USA i ZSRR - tak mogło być !

W Polsce, to pobyt Armii Radzieckiej w wielu garnizonach, strategiczne położenie, to zagospodarowanie poniemieckiego poligonu w polskim Wędrzynie/n. Wandern i pomysł tamtego czasu - jego rozbudowę, czyli wysiedlanie już osiadłych ludzi z ich domostw, gospodarstw. Wysiedlono, wyburzano, a po śmierci Stalina pozwalano ponownie powracać, budować, tworzyć gospodarstwa domowe i żyć dalej.

Zarzyń - kościół

To był już inny, zubożony, mniejszy Zarzyń i tak pozostało. Po 1958 roku zamieszkiwało tutaj 119 osób. Do Zarzynia można dojechać od Łagowa przez Sieniawę, w kierunku na Wielowieś, z Sulęcina, z Boryszyna, z drogi Pieski-Lubrza, Staropole, Wysoka... Zarzyń, to duża wieś sołecka, 12 km od Międzyrzecza, 11 km od Łagowa z zabudowaniami wzdłuż szosy. Okolica, to bardzo ciekawe ukształtowanie terenu polodowcowego tych okolic - pagórki, wzgórza morenowe, pola i lasy, cieki wodne, rozmaite miejsca do odkrycia przez wędrujących.

Wieś Zarzyń jest znana od setek lat, miała typ zabudowy owalnicowy, potem przekształcała się - pierwsze dostępne zapisy w źródłach istnieją od 1250r. Także tutaj ścierały się ówczesne dążenia do posiadania dóbr, zarządzania obszarami będącymi najczęściej w rękach zakonów - tutaj Templariuszy i Joannitów. Swoje wpływy miało już tutaj polskie zarządzanie starostwa polskiego z zamku w Międzyrzeczu. Według lustracji z 1565 r w Zarzyniu mieszkało 22 chłopów uprawiających po jednym łanie ziemi (śladzie). Każdy z nich płacił staroście międzyrzeckiemu po 6 groszy podatku wieprzowego, oddawał do zamku 5 ćwiertni owsa, 2 kury oraz 30 jajek. Ówczesny sołtys lenny (czytaj ,,KŁ” 28/18, 29/19 o Wielowsi) dawał złote węgierskie. Dochód czerpany przez starostę z tej wioski oszacowano na 52 floreny, 24grosze i 12 denarów. Dochodziły do tego jeszcze prace pańszczyźniane. Przez 2 dni w roku chłopi musieli żąć zboże, przez dwa dni, wozić na pole gnój oraz skosić, zagrabić i zwieźć siano z wymierzonych łąk w Murzynowie. Zarzyń - dom do 1945 roku Co dwa tygodnie, każdy chłop przywoził ponadto do zamku dwa wozy drewna. Do sołectwa w Zarzyniu należał poza 6 wolnymi łanami, młyn wodny oraz położony we wsi staw. W latach 1545-1548 urząd sołecki należał do Jana Horna, w 1558 do Jana von Wernsdorfa, a od 1558 do braci von Logau. W roku 1714, już po przejściu i okrucieństwach szwedzkiego potopu przybywało ludności osiedlającej się na tych ziemiach i było ich na początku XIX wieku 389, a domów 62. Inny przykład: W 1724 roku spis wykazał, że we wsi mieszkało 14 zagrodników, kowal, młynarz, krawiec, owczarz, pasterz, świniopas, parobcy i dziewki służebne, W całej wsi hodowano 48 koni, 117 wołów, 171 krów, 1035 owiec, 133 świnie oraz 102 gęsi.

W 1820r. Liczba mieszkańców zmalała do 319, a „dymów” do 60, w 1895 wieś rozrastała się, powstawały większe gospodarstwa, właściciele ziemscy, bogatsi gospodarze z nowymi zasobami ziemi i hodowli.

W 1932r. Zarzyń składał się z 87 zagród oraz z 102 gospodarstw domowych, co dawało 521 mieszkańców. We wsi mieszkało 42 katolików. Przed wojną, w latach trzydziestych Zarzyń był już bogatą wioską- miał karczmę wiejską, restaurację, salę kinową, sklep, piekarnię oraz stary szachulcowy, wymagający remontu kościół ewangelicki z 1745 r. Zarzyń - widokówka Kościół ten, już w rzeczywistości polskiego osadnictwa przewrócił się, zawalił, uległ zniszczeniu podczas wielkiej burzy i wichury w 1956 roku. Rozebrany z pomocą żołnierzy radzieckich i mieszkańców, a obrazy i ołtarz jako uratowane mienie kościelne przeniesiono do Trzemeszna będącego parafią. W latach formowania się powojennej, polskiej administracji, w latach 1945-52 wieś tworzyła gromadę w zbiorczej gminie wiejskiej Wielowieś i w tym czasie podejmowano działania wysiedlające mieszkańców do innych miejscowości - sposobiono tereny pod planowany, powiększony poligon. Ogółem wysiedlono 300 mieszkańców, rozebrano ogółem 32 domy i zabudowania gospodarcze. Interesujące budowle jak dwór właściciela ziemskiego rozebrano już w 1949 roku (stoi na tym miejscu nowy kościół od 1992 r. budowany przez lokalną społeczność i księdza proboszcza Stanisław Pikora pw. Najświętszej Matki Kościoła).

Po tzw. „odwilży” w Polsce, po 1956 roku zrezygnowano z planów posiadania dużego poligonu i wielkiej armii, zezwolono na ponowne osiedlanie się i odbudowę gospodarstw. W kilku planowanych do wysiedlenia wioskach tworzono Państwowe Gospodarstwa Rolne, aby dawać stałą pracę, zarobek i stabilizację życia. Zarzyń - nowy kościół od 1992 roku Funkcjonowała szkoła podstawowa, odczuwany był brak instytucji kulturalnych, sklepu, proces integracji mieszkańców biegł powolnie.

Tylko zmiany polityczne uratowały w latach powojennych wioskę od nie istnienia, od pełnej likwidacji co zdarzyło się z wioskami Malutków / Malkendorf, Lipa / Lindow, stary Wandern / Wędrzyn, czy Trześniówek / Gross Kirschbaum przy istniejącym na swoich 10.000 ha poligonie Wędrzyn, będącą w tych obszarach istotną placówką ćwiczeń poligonowych dla wojska. W okresie II wojny światowej, także w Seeren, jak w prawie każdej wsi niemieckiej byli rozmieszczani robotnicy przymusowi – Polacy oraz innej narodowości, także jeńcy wojenni z tzw. stalagów, czyli obozów dla podoficerów z 1939 r. po przegranych wojennych walkach. Pracowali w majątkach ziemskich, lasach, tartakach, fabrykach, gospodarstwach rolnych produkujących żywność dla Wermachtu, będących uzupełnieniem siły roboczej za niemieckich mężczyzn, którzy przebywali na toczącej się wojnie - i tam ginęli.

Koniec wojny w tych okolicach, to koniec stycznia 1945r. To forsowanie umocnień niemieckiego wału obronnego Ostwall / MRU przez Armię Radziecką w Pieske / Pieski, Hochwalde / Wysoka, Burschen / Borszyn, Kalau / Kaława, Kainst / Kęszyca i in. dążąc do Berlina...

Szybkie akcje Rosjan ocaliły wiele istnień niemieckich obywateli, przyspieszyły zajęcie okolicy i rozpoczęcie przekazywania od czerwca 1945 roku poniemieckich terenów napływającym ze Wschodu Polakom.

Wieś Zarzyń, to obecnie ok. 317 mieszkańców, już bez PGR, szkoły podstawowej i młodych wędrujących dalej niż miejsce zamieszkania...


Wykorzystano:
opracowania prasowe, zdjęcia z internetu
Wiadomości historyczne o Zarzyniu
www.lagow.pl/sieniawa/indexphp/?option
Sulęcin, Gorzów Wlkp., Archiwum Państwowe Zielona Góra

Opracował:

Ryszard Bryl









29 września 2017


Pan na leśniczówce Gronów - "U Tomczaka"


Udało mi się odszukać w terenie, wieloletniego leśniczego i mieszkańca leśniczówki Gronów, Pana Mariana Tomczaka. Leśniczówki od kilku lat nieistniejącej, zlikwidowano też to leśnictwo położone na obrzeżu i końcu j. Łagowskiego przy rzece Łagowa. Teraz nie ma nic z budowli, pozostały tylko drzewa owocowe i obszar ziemi trochę turystycznej przygotowany na zgłoszone biwaki i zorganizowanie spotkania pod namiotami. Teren oznaczony, zadbany w gesti Nadleśnictwa Świebodzin.


Artykuł dostępny w całości w wersji oryginalnej : Pan na leśniczówce Gronów - "U Tomczaka"

^^ Do góry