Klimaty Łagowskie

24 grudnia 2016


Pädagogium und Waisenhaus – Liceum Pedagogiczne
w Sulechowie


W roku 1719 Sigmunt Steinbart założył Dom Sierot, który w 1726 otrzymał przywileje od Fryderyka Wilhelma I. Gotthilf Samuel Steinbart dołączył do Sierocińca, Pädagogium, które w 1799 roku uznane zostało przez Fryderyka Wielkiego jako „Królewskie Pädagogium”.

Ta przeszło 200 lat licząca historia Zakładu kontynuuje nowoczesne formy wychowania w staropruskim duchu. Początek internatowego regulaminu zawiera następujące zdanie „Dwa podstawowe filary wychowania to świadomy ewangelicki chrześcijanin i świadomy obywatel”. W oparciu o tę formułę kształtuje się świadomość obowiązku i posłuszeństwa oraz prawdziwej koleżeńskości. Jeśli dziecko nauczy się posłuszeństwa, to później jako dorosły może wychowywać przyszłych obywateli.

Ale dla wszystkich małych czy dużych, obowiązuje podstawowa zasada wykonywania obowiązku wobec siebie, szkoły, ojczyzny i kościoła. W ten sposób wyrabia się poczucie odpowiedzialności i samodzielności. Ta uczelnia, to humanistyczne gimnazjum z językiem łacińskim, francuskim, greckim i maturą. Istnieje możliwość po małej maturze zamiast greki, język angielski. Internat jest odnowiony i może pomieścić 108 wychowanków. Oni żyją w 4 sekcjach. Każda sekcja ma do dyspozycji 3 pokoje. Każda sekcja ma dyplomowanego nauczyciela i wychowawcę. Wychowankami w sypialni opiekuje się senior, który z wychowawcą dba o właściwe zachowanie i porządek.

Dzień pracy przebiega według ustalonego planu od 630 - 2200. Dla seniorów, do 2300. Po zajęciach szkolnych, po południu, obowiązkowe odrabianie lekcji pod kontrolą seniora i wychowawcy.

Słabi uczniowie muszą obowiązkowo brać udział w zajęciach dodatkowych. Po południu odbywają się również zajęcia muzyczne i chór, który upiększa mszę w kościele uczelnianym. Poza tym chór szkolny daje od czasu do czasu publiczne koncerty, a kapela szkolna przez swoje koncertowe podróże jest znana nie tylko w mieście. Wieczorem jest czas na zajęcia w kołach zainteresowań; obserwacje astronomiczne, gimnastykę, lekką atletykę, tenis, piłkę nożną i ręczną. W świetlicy można zobaczyć wiele dyplomów i nagród jako świadectwo zwycięstw sulechowskich gimnazjalistów. Zakład posiada dwa korty tenisowe, a w Cigacicach nad Odrą hangar z łodziami do uprawiania sportów wodnych. W czasie wakacji organizowane są wyprawy wodą, aż do morza bałtyckiego. Wycieczki piesze i rowerowe pozwalają uczniom poznawać piękno naszego kraju. Nauczyciele i uczniowie tworzą nie tylko zespół, gdzie wszystko podporządkowane jest celom pedagogicznym. Oni stanowią również ewangelicką, kościelną grupę gminną z własnym prawie 200 lat istniejącym starym kościółkiem i księdzem, który pełni również rolę nauczyciela. Ten dach wspólnoty towarzyszy także małym i wielkim wycieczkom, i jest pielęgnowany przez coroczne wyjazdy do Weimaru na Schillerefestival i pielgrzymki do Pergamońskiego ołtarza w Berlinie. Ten sens wspólnoty, żyje również w szkolnej straży pożarnej, która brała udział w gaszeniu wielu pożarów i otrzymała wiele pochwał od straży miejskiej.

Kilka słów trzeba powiedzieć o życiu uczniów w internacie. Uczniowie są zakwaterowani w 9-cio osobowych pokojach. Każdy ma do dyspozycji jedną szafę w pokoju i drugą na korytarzu. Naprzeciwko pokojów mieszkalnych znajdują się sypialnie, umywalnia i łazienka dla całej grupy.

Posiłki przyjmowane są razem z wychowawcami. W przypadku lekkich stanów chorobowych, chorzy przebywają w izolatce. W ciężki przypadkach, chorzy zostają ulokowani w szpitalu miejskim. Lekarz szkolny sprawuje stałą opiekę zdrowotną.

Do dyspozycji uczniów w internacie znajduje się świetlica dla starszych i pokój zabaw dla młodszych. Te pomieszczenia wyposażone są w radio, książki, czasopisma – jest też możliwość majsterkowania. Do pobytu i nauki przyjmowani są tylko fizycznie i umysłowo sprawni. Wymagane są świadectw chrztu, szczepień, ukończenia ostatnio uczęszczanej szkoły.

Odpowiednio dla Fundacji, są ustalone formy opłat za pobyt w Zakładzie i wynoszą od 80 – 30 Marek. Zniżki w opłatach przydziela dyrektor uwzględniając godne sprawowanie ucznia i warunki materialne opiekunów. Do tego dochodzi opłata szkolna wg. norm urzędowych oraz wpisowe 8 Marek.

Każdy wychowanek musi posiadać – przywieźć ze sobą materac, kołdrę, poduszkę i podwójną bieliznę pościelową, ręczniki i chusteczki.

Uczniowie otrzymują tygodniowe lub miesięczne kieszonkowe. Wysokość ustalają rodzice lub opiekunowie. Co kwartał należy wpłacać z wyprzedzeniem 20 – 50 Marek na inne opłaty np. podróże czy naukę gry na instrumencie. Rozliczenia dokonuje się na koniec kwartału, a opuszczenie Zakładu możliwe jest z 3 miesięcznym wypowiedzeniem. W innym przypadku Zakład ma prawo żądać opłaty przynajmniej za 1 miesiąc. W razie 3 miesięcznego zadłużenia, wychowanek zostaje skreślony z listy. W zasadzie, uczeń nie powinien otrzymywać pieniędzy od rodziców czy opiekunów tylko od inspicjenta, ale żeby uczniowie nauczyli się gospodarować pieniędzmi, otrzymują kieszonkowe na małe wydatki. Tylko pełna odpowiedzialność za właściwe prowadzenie życia, to reguła przemyślanego systemu wychowawczego. Dalszych informacji udzieli chętnie dyrektor uczelni.

Adres: Pädagogium i Dom Sierot w Sulechowie, Okręg Frankfurt nad Odrą (od red. Do 1945r.)

Przetłumaczył

Carl Heinz Schablack
Sulechów - Berlin






P.S. Od Redakcji; Przywołany tekst w j. niemieckim z czasów Niemiec i Sulechowa do 1945 przedstawia czas nauki i opieki w placówce całodziennej, całodobowej, z internatem, w oderwaniu od rodziny. Tłumaczenie w j. polskim przybliża ten czas I połowy XX wieku. W tym samym miejscu w Sulechowie po 1945 roku, do 1967 było koedukacyjne Liceum Pedagogiczne przygotowujące kadry nauczycielskie dla szkolnictwa podstawowego, następnie Liceum Pedagogiczne dla Wychowawczyń Przedszkoli, Studium Nauczycielskie. Obecnie w tych samych murach funkcjonuje Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa. LP przeniesiono wiosną 1967 rękami uczniów w miejsce LPdWP i zamiana siedzib tych szkół!

Bez większej pomyłki, jako absolwent tego Liceum Pedagogicznego mieszkając 5 lat w internacie (alumnat) o zwiększonym zagęszczeniu chłopców i dziewcząt w latach 1964 – 1969, jako przedostatni rocznik istnienia tej szkoły, przyznaję, że u nas też było wiele kontynuacji jak powyżej, z niemieckiego zapisu wynika w prostej pedagogicznej linii wychowania i przygotowania młodych do zawodu nauczycielskiego.


Artykuł dostępny w oryginalnej wersji niemieckiej: Pädagogium und Waisenhaus bei Züllichau 1719-1945

Opracował: Ryszard Bryl








5 grudnia 2016


Kościoły i cmentarze w Łagowie
Spekulatywne spojrzenie w przeszłość sporządzone przez Helmuta Sommer’a


Zamieszczony poniżej tekst znaleźliśmy na tablicy ogłoszeniowej przy kościele – oczywiście w języku polskim – podczas naszego ostatniego pobytu w Łagowie. Tekst ten nosi poprawny tytuł „Historia kościoła rzymsko-katolickiego oraz parafii w Łagowie”. Ja, który w tym kościele w roku 1930 ochrzczony zostałem w obrządku ewangelickim, a w roku 1944 konfirmowany, poczułem się zobowiązany, by samemu o historii tego kościoła (tych kościołów) i cmentarzy pomyśleć i poszperać za materiałami dot. tego tematu. Tak więc w tekście na tablicy przy kościele Zakon Joannitów pojawia się tylko jeden raz, chociaż Joannici byli przecież przez prawie 500 lat panami na Łagowie i tym samym patronami tego kościoła. Czyli lata budowy tego kościoła (budowli poprzedzających) przypadają na okres panowania Zakonu. Stąd moje, myślę nie pozbawione należytej fantazji, spojrzenie wstecz do tej historii budowlanej, warte też na pewno poczytania przez naszych polskich przyjaciół.

Łagów na Ziemi Lubuskiej w dawnym czasie był niewielkim osiedlem położonym u podnóża umocnionej warowni, założonym najpierw przez pewnego rycerza, a później przejęte przez Zakon pw. Jana Chrzciciela (Joannitów). Duchową posługę mieszkańcy podzamcza odbierali w kaplicy poświęconej pod koniec XV-tego w. (która przypuszczalnie znajdowała się na miejscu obecnego kościoła). Większy Dom Boży wybudowano dopiero w latach 1725 i 1926. W tym samym miejscu w roku 1876 wybudowano nowy kościół w kształcie istniejącym do dzisiaj. W owym czasie kościół należał do gminy ewangelickiej. Katoliccy mieszkańcy Łagowa i okolic należeli wówczas do parafii rzymsko-katolickiej w Sulęcinie i tamże udawali się na msze. Dopiero w dniu 04.11.1928 r., po 400-setletniej przerwie, odprawiono w Łagowie znowu mszę katolicką w pewnym domu prywatnym. Od teraz raz w miesiącu przyjeżdżał kapłan z Sulęcina do Łagowa, by tutaj odprawić mszę. W dniu 29.09.1929 r. dokonano uroczystego poświęcenia na tzw. wzgórzu dworcowym nowej kaplicy pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela. Pieniądze na budowę zebrali członkowie gminy katolickiej. Kapłan nadal przyjeżdżał z Sulęcina. Po tym, jak polska ludność na nowo osiedliła się tutaj, w dniu święta Chrystusa Króla przedtem ewangelicki kościół obok zamku został przejęty przez kaplicę pw. św. Jana Chrzciciela, a w dn. 28.10.1945 r. uroczyście poświęcony. Najpierw ta gmina należała do parafii w Toporowie, a z dniem 01.06.1951 r. wierni w Łagowie mieli już własny urząd parafialny. Do tej parafii należą od tego czasu: jako filie kościoły w Łagówku, Jemiołowie i Żelechowie, kaplica na tzw. wzgórzu dworcowym, oraz mieszkańcy Gronowa i Stoku (w tych wsiach brak budynków kościelnych).

Pisana historia Łagowa zaczyna się od umowy zawartej w roku 1299 pomiędzy askańskimi margrabiami Ottonem, Konradem i Henrykiem, a Radcą margrabiego, rycerzem Albertem von Klepzig, zgodnie z którą prawa własności do „castrum Lagowe” i do „miasteczka u podnóża wzgórza przed Łagowem” przechodzą na tegoż rycerza. Czy w wieku XIII. lub XIV. stał w Łagowie już jakiś kościół – nie można potwierdzić. „Miasteczko” leżało wówczas na południowym stoku wzgórza położonego na zachód od warowni, powyżej niegdysiejszej ulicy Joannitów, naprzeciwko dzisiejszego hotelu „Leśnik”. Tak w każdym bądź razie przypuszcza dr Obernitz w swej publikacji²), wydanej z okazji obchodzonego w roku 1927 jubileuszu 700-lecia istnienia miejscowości przez ówczesny magistrat. To wolne, mocno wydłużone zbocze, przez nas zawsze nazywane wzgórzem cmentarnym, miało od północy jako ochronę sztucznie usypane obwałowanie ziemne, później nazywane szwedzkim szańcem, za którym była stromizna opadająca aż do jeziora Trzesniowskiego; od wschodu też było zbocze, też stromo opadające aż do zapadliska rowu przed warownią. Również od zachodu wzgórze opadało stromo do doliny Ogrodu Zwierząt, przez którą jeszcze za czasów mojego dzieciństwa, ale jeszcze i dzisiaj, przepływa strumień rowem w bagnistym mokradle, który w średniowieczu prawdopodobnie płynął dalej aż do jeziora Łagowskiego, czyniąc w ten sposób to wzgórze naturalną wyspą. Tylko od południa wzgórze to opada łagodnie i długo aż do jeziora Łagowskiego. Na tym południowym stoku usadowiły się prawdopodobnie nieliczne domy tej miejscowości; tu również przebiegała droga od Bramy Marchijskiej w kierunku na zachód. Nawiązując do opisu poczynionego przez dr-a Obernitza mamy wyjaśnienie, dlaczego nazywano Łagów „miasteczkiem u podnóża wzgórza przed Łagowem”. Podróżny przybywający z zachodu, czyli z Brandenburgii, docierał najpierw do „miasteczka”, a dopiero potem do „domu”, czyli warowni. Do miejscowości należały zapewne również jakieś domy rybaków bądź warsztaty szkutnicze, posadowione tuż u brzegów obydwu jezior.

Ponieważ później na tym wzgórzu mieścił się ten większy z dwóch cmentarzy, to można przypuszczać, że również owi pierwsi mieszkańcy z czasów średniowiecza też tam chowali swoich zmarłych. Czyli mogło być też tak, że przy tym wczesnym osiedlu mogła istnieć jakaś mała budowla kościelna, np. kaplica cmentarna. Oczywiście jest to też tylko pewne przypuszczenie, takie samo jak podane w literaturze położenie tego osiedla. Ale bardziej prawdopodobne jest to, że Joannici, którzy w roku 1347 drogą kupna pozyskali „dom Łagów” oraz to na zewnątrz położone „miasteczko u podnóża wzgórza przed Łagowem”, przecież na pewno w zajmowanej przez nich przez 500 lat warowni, rozbudowywanej i do dziś wartej zwiedzania, jakieś pomieszczenie na kaplicę wykorzystywali.

Po niszczącym pożarze miasta w roku 1569 opuszczono miejsce na wzgórzu, budując od nowa wszystko w dolinie: powstało 16 stanowisk na domy pomiędzy obydwoma bramami, na południe od warowni, czyli pomiędzy warownią a jeziorem Łagowskim. Można chyba z dość znaczną dozą pewności twierdzić, że już wtedy jakiś kościół został wybudowany i to w miejscu, gdzie stoi on jeszcze dzisiaj: naprzeciw wejścia do zamku, po jego stronie wschodniej. Ta pierwsza mała budowla kościelna, najpewniej nie większa niż kaplica, chyba też miała prostokątny rzut przyziemia oraz osobno stojącą drewnianą wieżę. Ten kościółek z pewnością poświęcony był Janowi Chrzcicielowi patronowi Joannitów. Do roku 1569, czyli do pożaru miasta oraz do zapoczątkowania przenosin miejscowości, komturem w Łagowie był Andrzej von Schlieben. Fakt, że jego kamień nagrobny został potem uchowany i jeszcze dzisiaj jest do odszukania w kościele wybudowanym 175 lat później, świadczy dobitnie, że to ten komtur spowodował, by tutaj właśnie powstał ten pierwszy kościół.

W międzyczasie, ok. roku 1550, wprowadzona została przez margrabiego Johanna, zwanego Hansem z Kostrzyna, reformacja do obydwu części Brandenburgii, wówczas podniesionej już do rangi księstwa/ królestwa elektoralnego. Również Łagów i kaplica przynależnione zostały do gminy luterańskiej czy protestanckiej. Jest więc pewne, że zaplanowana dwieście lat później budowa nowego kościoła pomyślana była jako budowa kościoła ewangelickiego – i tak też zrealizowana. Nowa ta budowla powstała w latach 1725 i 1726 na miejscu istniejącej kaplicy wg sugestii ówczesnego komtura Joannitów, margrabiego Krystiana Ludwika von Brandenburg. Wybudowana teraz nowa ceglana budowla nadal miała wieżę drewnianą. Nowy kościół miał też nadal prostokątny rzut przyziemia oraz przyjęty dla kościołów kierunek wschodnio-zachodni, z ołtarzem na wschodzie; po raz pierwszy była to budowla trwała. I tutaj chciałbym znowu pomedytować: w latach 1689/90 zatrzymał się w Łagowie działający na zlecenie Wielkiego Elektora Brandenburskiego mistrz budownictwa, holenderski architekt Korneliusz Ryckwaert z zadaniem, by zamek w Łagowie rozbudować do znanej nam i jeszcze dziś istniejącej, czteroskrzydłowej, zamkniętej bryły. Można sobie wyobrazić iż wówczas architekt ten mógł podpowiedzieć synowi swego księcia elektoralnego wybudowanie również kościoła, a syn później tę myśl polecił zrealizować.

Ta pierwsza stała budowla została potem w 1876 r. całkowicie przebudowana w stylu neoklasycystycznym i otrzymała wygląd jaki znamy dzisiaj. Powstała murowana wieża zachodnia, zbudowano obydwa ramiona krzyża na północ i południe, czyli ukształtowano rzut przyziemia w kształcie krzyża, dwie wieżyczki ze schodami i trzy galerie, czyli też ta przed organami. Tak więc zewnętrzny kształt tej otynkowanej budowli powstał już wówczas. A jak wiemy z odnalezionych przy okazji renowacji organów w roku 2007 doniesień prasowych, również te organy zbudowane zostały w owym czasie - przez renomowaną firmę budowy organów Sauer we Frankfurcie nad Odrą - i wbudowane do kościoła w Łagowie.

W kościele tym są płyty nagrobne z okresu późnego renesansu, m.in. ta już wspomniana płyta zmarłego w 1571 r. Andrzeja von Schlieben’a, oraz jego syna o tym samym nazwisku, który zmarł w 1568 r. Dopiero na skutek moich pytań skierowanych do oprowadzającego mnie po kościele pana proboszcza Nowaka ten wskazał mi je: obydwie znajdują się (od zawsze) pod galerią w południowej części rzutu, ale nie łatwo je odnaleźć. Podobnie moje wypytywania się o chrzcielnicę zostały usatysfakcjonowane. Pan Nowak sam mnie ku niej zaprowadził; ona stoi w narożniku północnego rzutu, a gdy jest potrzebna wysuwa się ją do przodu.

Dawniej znajdował się w tym kościele ołtarz kazalnicowy z roku 1753, który teraz znajduje się w kościele w Jemiołowie; z historycznego punktu widzenia fakt ten jest pożałowania godny. Ołtarz ten przyozdobiony był obrazem wieczerzy oraz dwoma figurami prawie naturalnej wielkości, odzwierciedlającymi Mojżesza i Jana Chrzciciela, który był patronem też tego kościoła. W ozdobnej nadbudowie nad amboną widniał też pruski herb otoczony napisem „Christianus Ludovicus Princeps Borussiae 1726” – wskazanie na ówczesnego inwestora: komtura Joannitów Krystiana Ludwika von Hohenzollern wraz z rokiem budowy pierwszej budowli kościelnej.

Dzisiejszy cmentarz w Łagowie

Naprzeciwko od zawsze katolickiej kaplicy na tzw. wzgórzu dworcowym leży dzisiejszy cmentarz obecnej Gminy Łagów, który za naszego czasu nazywany był mniejszym cmentarzem katolickim (chociaż określenie to nie było zbyt poprawne). Jego utworzenie datuje się na początek XIX w., kiedy to po rozwiązaniu zakonu Joannitów zamek w Łagowie i przynależny do niego majątek ziemski państwo pruskie przekazało – potem często zmieniającym się - rodom szlacheckim. Ówcześni panowie na zamku kazali chować zmarłych z ich hrabiowskich rodzin na tym nowym cmentarzu. Przedostatni właściciel hrabia Hugo Werschowetz Sekerka von Sedcziz kazał dla swej rodziny wznieść niewielki grobowiec, którego resztki można zobaczyć jeszcze dzisiaj.

Jak już wyżej wspomniano, zaczątki większego, miejskiego cmentarza kryją się tak samo w mrokach niewiedzy, jak początki pierwszego osiedla na tym samym wzgórzu. Z dzisiejszego punktu widzenia trzeba w najwyższym stopniu ubolewać, iż po roku 1945 nowi mieszkańcy nie tylko, że przestali korzystać z tego cmentarza, ale nawet dopuścili do całkowitego jego zniszczenia. Być może, dzięki powoli w ostatnich latach kiełkującej, pokojowej współpracy, zrodzi się okazja, by popracować wspólnie nad wyjaśnianiem przeszłości.

Uwagi:

  • 1) Podczas tłumaczenia tego tekstu dla mnie na język niemiecki przez panów Petera Glogowski’ego i Jörga Lüderitz’a, oboje z Łagowa, wprowadzono drobne zmiany w wyrazie i stylu.

  • 2) Na temat położenia „Sokolego wzgórza” istnieją dwa różnorodne stanowiska: jedno w tej przeze mnie wykorzystanej (patrz niżej) literaturze, gdzie dr Obernitz podaje dokładny opis miejsca tego wzgórza z naszym dawnym miejskim cmentarzem z tą nazwą: pomiędzy zamkiem a Ogrodem Zwierząt, a drugie na mapach, szczególnie na mapie topograficznej nr 3657, gdzie wzgórze położone na wschód od linii kolejowej, na którym za naszego czasu leżał majątek rycerski, nazywane jest Sokolim wzgórzem. Ja jestem zwolennikiem pierwszego poglądu, gdyż średniowieczna miejscowość, owe „miasteczko u podnóża wzgórza przed Łagowem” mogło leżeć tylko na zboczu tego wzgórza cmentarnego.

  • 3) Rysunek rzutu przyziemia pobrany został z pozycji literaturowej podanej niżej pod nr 3

  • 4) Proboszcz Nowak, oprowadzając mnie przy okazji poświęcenia odremontowanych organów w dniu 25.11.2007 r., pokazuje mi chrzcielnicę, z której chrzczony byłem w dniu 20. lipca 1930 r.

Literatura:

  • 1. Kubach, Pomnikowe dzieła sztuki powiatu wschodnio-torzymskiego, wydawnictwo Kohlhammer, Stuttgart 1960.

  • 2. Dr Wilhelm v. Obernitz, Przewodnik po Łagowie i okolicy, wydany przez Magistrat Miasta Łagowa, 1927

  • 3. Łagów i jego okolice, Związek nauczycielski Łagów, wydawnictwo Wagnersche Buchhandlung, Świebodzin, 1925

  • 4. Linke / Paschke, Ziemia Torzymska, Zarejestrowane Koło Ziomkostwa Wschodnio-Torzymskiego, Iserlohn, 1988

Tłumaczenie:
Jan Grzegorczyk, Towarzystwo Społeczno-Kulturalne
Mniejszości Niemieckiej w Zielonej Górze
grzegorczyk@tskmn.pl

Opracował Helmut Sommer
Berlin – OHB 2/2008
Autor zmarł w sierpniu 2016 r. w Berlinie









20 listopada 2016


Nowy Amfiteatr – po raz trzeci budowany
Czyli rewitalizacja Centrum Kultury i Sztuki Filmowej w Łagowie



Kilka lat po otwarciu Amfiteatru, prezentujemy w tekście – jego miejsce, koszty budowy, zdjęcia, przydatność i walory Łagowa, pokazujemy też zdjęcia – jak było od 1969r. do obecnego budowania i wykorzystania. Amfiteatr po raz trzeci zaistniał w tym samym miejscu co amfiteatr po raz pierwszy, czyli w obszarze parku przyzamkowego i tak pozostaje. Amfiteatr był i jest wykorzystywany do letniego wypełniania czasu i rekreacji wczasowiczom, także na inne lokalne ale i międzynarodowe imprezy.

W tym parkowym miejscu pod starymi drzewami dębowymi powstał I-szy Amfiteatr – Kino Letnie, z jego prostą sceną i jeszcze bardziej skromną kabiną projekcyjną czyli karoserią autobusu „San” otrzymaną decyzją władz powiatowych. Lata bieżące XXI wieku, to inny już rozdział filmowej, codziennej rzeczywistości, aparatury odtwarzającej filmy, celuloidowych taśm, transportu w tę i z powrotem, w wielu małych wioskach gminnych mających kiedyś swoje kino i swój czas świetności i pożądania wręcz! Tak było w ówczesnej Polsce do lat 90-tych, gdy zbudowano drugi Amfiteatr.

Po roku 2010 kino w Łagowie, kino „Świteź” utraciło rację bytu, już nie zarabiało, nie miało letniej ani zimowej klienteli, nadszedł czas kina z wypożyczalni na taśmach VHS, a teraz VCD, ściąganiu filmów skądś! Do kin zaprzestano chodzić, tu i ówdzie utrzymały się kina multi, a jeszcze szczątkowo nawet DKF-y, kiedyś kino koneserów. Łagów nie posiada już kina, tak jak do 1945 jeszcze nie posiadał niemiecki Lagow, ale pierwsze filmy oglądali mieszkańcy już z kina objazdowego w rest. „Deutsche Haus”.

Tak samo Łagów powojenny, przez pierwsze lata po 1945r. to oglądanie filmów w gospodzie u prywatnego właściciela d. Deutsche Haus. Do 1950 roku Łagów nie miał kina stałego, a kino „Świteź” po remoncie poniemieckiej sali gimnastycznej z 1920 roku zaadoptowano na salę wielofunkcyjną głównie do projekcji filmowych. Napływ Polaków, głównie z terenów wschodnich jakby ochrzcił mickiewiczowską nazwą „Świteź”.

Rok 2011, to sprzedaż kina dla inwestora ze Słońska za kwotę 295 tys. złotych, próba rozruszania obiektu jakimiś pomysłami w latach następnych bez sukcesu i kolejna oferta sprzedaży obiektu (do remontu) za kwotę 378 tys. Zł. Ten obiekt przez 45 lat trwania LLF służył 41 lat spotkaniom filmowym.

Tak więc piszemy i powrócimy w cz. II do samego kina „Świteź” w Łagowie. W dawnym Łagowie wielu było kinomanami – podobało się wszystko. Wracając do istnienia Amfiteatru Letniego, bo tak go bez innej nazwy tytułujemy, poszukaliśmy w pamięci, że w Łagowie, latem pod chmurką filmy wieczorową porą oglądało się już w połowie lat 60-tych. Ekran, ławki, oświetlenie były sobie obok budynku GRN przy ul. Zamkowej, gdzie teraz funkcjonuje przystań wodna „Czółno”. Widzów było pełno, wczasowiczów FWP mnóstwo, młodzieży harcerskiej, sportowej i ZMS-owskiej, dużo. To dawało ilość uczestników wieczorową, zorganizowaną porą (wyjście do kina, wyjście na mecz itp.). Amfiteatr w Łagowie

W 1969 roku w już wybudowanym amfiteatrze odbył się I-szy ogólnopolski Festiwal Filmów Polskich z nagrodą dla reż. A. Wajdy za film „Wszystko na sprzedaż” i głównymi rolami Daniela Olbrychskiego i Małgorzaty Braunek. Nagrodą była Syrenka Warszawska centralnie ustanowiona. Od 1970 roku, od II FFP była to już lokalna, lubuska nagroda, „Złote Grono”. Od 1974 roku FFP przeniesiono do Gdańska, a właściwie do Gdyni od 1976 roku. W Łagowie pozostała nazwa Lubuskie Lato Filmowe o trochę innej formule programowej. W amfiteatrze i innych pomieszczeniach podczas niepogody, po 1990 roku prezentowano filmy polskie, zagraniczne mało znane i popularyzowane z dawnych krajów demokracji ludowej i innych.

Na te właśnie potrzeby wyremontowano solidnie wtedy kino „Świteź”, podwyższono amfiteatralnie podłogę, zlikwidowano dawny balkon dla kibiców sportu, a w parku jak sygnalizujemy na początku tekstu zbudowano otwarty amfiteatr.

W latach 80-tych XX wieku, w parku dokonano kolejnych zmian w amfiteatrze podnosząc jego ogólną estetykę – ekran, budynek projekcyjny i namiastkę intymności dla zespołów muzycznych za ekranem filmowym. Czas jednak zrobił swoje na niekorzyść trwałości obiektu.

W latach 2010/2011 Łagów wraz z władzami samorządowymi Z. Góry, Łagów jeszcze raz poderwał się do prac budowlanych, odnowienia i zbudowania nowego amfiteatru, gdy wójtem był A.R. Oleszkiewicz. I to się udało! – jest nowy, wystarczająco duży czyli niewielki lokalnie, wpasowany bryłą w obszar skarpy, stylizowany trochę obiekt. Śmiem twierdzić, że obiekt potrzebny, bo tradycja, choć za mało wykorzystywany w przestrzeni i okolicznościach!

Fakt, może się rozkręci latem, w kolejnych sezonach pod harmonogram Biura Promocji UG Łagów.

I tak 17.11.2011 roku, w ramach środków finansowych przyznanych na Rewitalizację Centrum – wartość projektu to: 2654066zł, dofinansowano ze środków UE: 2231655zł. Przebudowa trwała w latach 2010 – 2011. W ramach przebudowy uzyskano 630 miejsc siedzących dla widzów, budynek techniczny obsługi imprez, magazyn i zaplecze garderobiane oraz sanitarne (po raz pierwszy), co łagodzi doraźność potrzeb fizjologicznych i daje odrobinę indywidualności intymnej…

Budowla ta, co trzeba powtórzyć została wkomponowana w parku w jego drzewostan, w skarpę Sokolej Góry z grodziskiem i poniemieckim cmentarzem tej okolicy. Amfiteatr daje spojrzeć na j. Trześniowskie i dalszę część parku, pozwala uczestnikom zapamiętać pobyt, okolicę, imprezę i krajobrazy!

Patrząc całościowo – jest scena, widownia i budynki techniczne. Scena, to funkcja estradowa jak i kinowa, zadaszona z ekranem. Podobnie, ale jeszcze nie zaistniała choć powinna już być, zadaszona widownia. Widownia została podzielona na dwa sektory z dojściem schodami. Przestrzenie wokół amfiteatru, od wjazdu od ul. B. Chrobrego, tzw. ciąg pieszy, droga i parking – wszystko niewielkie, tak, jak pozwala wielkość działki.


Opracował:
Ryszard Bryl






14 października 2016


Nasza sąsiednia wieś Koryta/Koritten

oraz pewna niedziela pod Kolonią Raków/Kalkofen
pobrano z Kuriera Torzymskiego (Sternberger Kurier 9/64)

Raków k. Łagowa na jez. Malcz - Kalkofen do 1945r. - kolonia niemiecka na pograniczu gminy Torzym/Sternberg, Łagów/Lagow.

Pora była letnia, sobotnie popołudnie przed ostatnią wojną, a rzecz dzieje się w Torzymiu, moim mieście rodzinnym. Gdy wszystko było już porobione, szedłem do mego ogrodu, by doglądnąć i pielęgnować młode drzewka owocowe, krzaki jagodowe, pomidory itd. Do granicy mego ogrodu przylegał ogród szkolny i często nauczyciel Unverdruß, gdy oporządził już swoje grządki, przystawał i wtedy wymienialiśmy nasze poglądy.

Mój wzrok pokierował się ku pobliskiemu cmentarzowi i nagle widzę, jak zza stodoły Sümann’a wynurzył się nasz przyjaciel Franek Witzke. Trzymając ręce z tyłu przybliżył się powolutku, jak to się zwykle czyni, gdy rozkoszujemy się wolnym czasem po zakończeniu prac. Najpierw pozrzędził chwilę, łażąc po moim ogrodzie, wszędzie miał coś do wyrwania, po czym spytał, co mam na jutro, czyli w niedzielę, w planie. Nie miałem nic. Wobec tego powinienem się wybrać z nim na ryby; on chciałby przy tak pięknej letniej pogodzie wybrać się do Gerlach’ów za Kolonią Raków i spędzić tę piękną niedzielę nad jeziorem Malcz. Któż nie miałby na coś takiego ochoty? Tak więc umówiliśmy się, że wyruszymy (na rowerach) dostatecznie wcześnie, a teraz wracaliśmy do siebie przez zieleniejące i kwitnące podwórza z kurami. Z pobliskiej wieży kościelnej dzwony zapowiadały niedzielę. Był cudowny spokój, wkoło cisza, tylko od czasu do czasu przerywana odgłosem pracującej kosy, co też brzmiało niczym muzyka na koniec dnia pracy.

Niedzielnym porankiem pedałowaliśmy dość wcześnie ulicą do Koryt, ale nie byliśmy jedynymi, co tak wcześnie wstali. Przy domu Wilhelma Kutscher’a, na wysokości wyspy twarogowej, napotkaliśmy Ottona Görlitz’a, mistrza wyrobu puszek; on wracał właśnie z polowania i miał, jak zawsze, w pogotowiu jakieś dowcipne słowo czy żarcik. Kiedyś obgadał pochodzącego z Koryt niejakiego Hugona Ulbrich’a, który w Torzymiu na krótko odegrał rolę handlarza i sprzedał – w najprawdziwszym znaczeniu tego słowa – kota w worku. Gdy ta historia dotarła do Maksa Vogt’a i została opublikowana w lokalnej gazecie, to wszyscy ubawieni sprawą zachwycili się Ottonem Görlitz’em. Ze swej strony obiecujemy jeszcze kilka miłych historyjek o niestety przedwcześnie zmarłym Otto Görlitz’u w przyszłości opowiedzieć.

Rozstaliśmy się z myśliwskim pozdrowieniem i pojechaliśmy dalej, ciesząc się z piękności tego niedzielnego poranka, aż dotarliśmy do skrzyżowania i minęliśmy dom szosowy. Za laskiem przy tym domu zaczynały się tereny gminy Koryta, a jej wiatrak i wieża kościelna pozdrawiały nas z daleka. Po obydwu stronach szosy widzieliśmy dobrze uprawione, żyzne pola; to było widać, że uprawiane były z gorliwością i miłością.

Wjechaliśmy do Koryt i stwierdziliśmy, że pierwsze domy po prawej nie zrobiły na nas dobrego wrażenia, ale parę metrów dalej obraz się zmienił. Tu po prawej była działka Henschke’go, później Rosenberg’a: czyściutki dom mieszkalny z dużym ogrodem z przodu od ulicy, z przebarwną rewią kwiatów; widok dający radość. Na kufel piwa o poranku było jednak zbyt wcześnie, więc pedałowaliśmy dalej przez wieś, która dopiero budziła się ze snu. Z pobliskiego stawu po lewej dochodziło gęganie gęsi i kwakanie kaczek Po obu stronach ulicy leżały zagrody należące do urzędnika Theel’a, do rolników König’a, Münchberg’a, Witzke’go, Mauske’go, Kretschmann’a, Ulbrich’a, Troschack’a, Windmüller’a, Hoffmann’a, Richter’a, Miem’a, mistrza kowalskiego Gerlach’a, do Lorenz’a, Knospe’go itd. Dzisiaj wspominam dawniejszego śpiewka kościelnego Mehley’a z jego sympatycznym, dźwięcznym basowym głosem. A ostatni, dobrze mi znany nauczyciel Sparmann, z wojny do domu już nie wrócił. Ale o dwóch mężczyznach z naszej sąsiedniej wsi Koryta, którzy dla nas Torzymian pozostaną niezapomnianymi, wspomnieć tu muszę: to bracia Kalz’owie, obaj mistrzowie szewscy, obaj w Torzymiu mieli swoje samodzielne warsztaty. Ale widziało się ich zawsze razem, czy to przy pracy, czy gdy jechali do Frankfurtu, by zakupić potrzebne skóry, czy gdy w sobotni wieczór zasiadali przy swoim stoliku w knajpie, by w przymilnej atmosferze zagrać w durnia. Którejś niedzieli obydwaj zaczęli wędkować na położonym nieco z tyłu, małym, w zasadzie bezpiecznym, jeziorze Trawiastym, z którego wypływa nasza Ilanka. Obydwaj wędkowali najpierw z brzegu, ale później z łodzi. Podczas wędkowania obydwaj wpadli do jeziora, a że pływać nie umieli, więc musieli marnie utonąć. Gdyśmy grzebali tych dwóch nierozłącznych braci, trzykrotną salwą pozdrowiliśmy ich po raz ostatni nad ich grobem. Nasz kamrat „Karol od Schutzmann-Witzke’go”, dogłębnie poruszony, wygłosił słowa pożegnania, a potem stos kwiatów i wieńcy przykrył ich grób.

Gdy rodziła się nasza gazeta dot. stron ojczystych, to któregoś dnia w Lüneburgu jej wydawca Pan Ohm, pochodzący również z naszych stron, pokazał mi pewien list, którego nadawcą była nieznana mi młoda kobieta z Koryt. Ona opisała ponure dni ze stycznia – lutego 1945 r. w Korytach, które przeżyła. Ten list był tak wstrząsający i okropny, że nie potrafiliśmy się zdecydować, czy na niego odpowiedzieć, albo czy te straszne wydarzenia, jakie dotknęły tam wtedy naszych ziomków – by je opublikować. To był opis, jak kwitnącą, pełną wesołych ludzi wieś, jaką były Koryta, zniszczono z niebywałym okrucieństwem.

Po kilkuset metrach już za Korytami skręcamy z szosy w lewo, znowu jedziemy przez pola z żytem, owsem, kartoflami czy burakami, aż dojeżdżamy do lasu. To jest państwowe leśnictwo z przepięknymi lasami sosnowymi lub mieszanymi, które tak pięknie oddają nam charakter naszych stron rodzinnych. Na jednej prastarej sośnie wisi mała biała tabliczka ze strzałką kierunkową na Kolonię Raków, a my już wjeżdżamy na podwórko mistrza rybackiego Gerlach’a, prowadzącego też gospodarstwo rolne i zajazd. Spokój i cisza tego podwórza zmącone zostaje przez „wielką gębę” Franka, który teraz prowadzi z gospodarzem nie mającą końca gadaninę. – W chłodnej izbie dla gości łapiemy oddech, zaopatrujemy się w niezbędny sprzęt wędkarski i wyjeżdżamy nad wspaniałe jezioro Malcz, wkoło otoczone zielonym lasem. Nad jeziorem panuje uroczysta cisza, nikt nie mówi nawet słowa. Gdy chciałem lekko zanucić jakąś piosenkę, zostałem natychmiast obsztorcowany: „Podczas wędkowania się nie śpiewa” uważał Franek Często muszę wracać myślą do tej pięknej, słonecznej niedzieli. Wędkowaliśmy, kąpaliśmy się, dawaliśmy się słońcu napromieniować, obserwowaliśmy dzikie kaczki i rodziny nurków, przyglądaliśmy się licznemu ptactwu. Na obiad spałaszowaliśmy dobrą porcję lina, to była prawdziwa przyjemność. Franek oczywiście jak zawsze wiele narzekał, jego zdaniem nigdy w życiu nie będę dobrym wędkarzem, ale to był jego sposób obcowania, w rzeczywistości pod tą chropowatą skorupą tkwiło dobre jądro.

Dopiero jak słońce zaszło na zachodzie pożegnaliśmy się z Kolonią Raków i jej gościnnymi mieszkańcami, zajechaliśmy potem jeszcze do naszego przyjaciela Hankelmann’a w Korytach, u którego napotkaliśmy młodą generację tej wsi, która przy kuflu piwa odpoczywała po minionym tygodniu ciężkiej pracy na wsi; z większością dobrze się znaliśmy, więc czuliśmy się tutaj bardzo dobrze.

Dzisiaj, gdy minęło już prawie 20 lat od czasu, gdy rozstaliśmy się z naszymi rodzinnymi stronami, chcemy sobie życzyć i żywimy nadzieję, że może jednak dobry los zaprowadzi nas kiedyś w owe strony, że jeszcze raz kiedyś popedałujemy do Kolonii Raków, a potem jeszcze raz, jak za starych dobrych czasów zawrócimy do Koryt i uchwycimy tam wiejski kufel.



Artykuł "Unser Nachbardof Koritten und ein Sonntag am Kalkofen (OHB 1/1995)
Autorzy zdjęć do 1945 NN. Zdjęcia w posiadaniu: Stefan Wiernowolski (Sulęcin, archiwum prywatne, sztuk 2), OHB Nr. 2/1999r. ze zbiorów RB. (okładka, sztuk 1)

Tłumaczenie: Jan Grzegorczyk, Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Mniejszości Niemieckiej w Zielonej Górze grzegorczyk@tskmn.pl








24 września 2016


Słowo wstępne

Publikujemy tym razem Słowo wstępne – pierwsze strony (1 1/3) opracowania z 1926/1927 doktora Wilhelma von Obernitza o ówczesnym Lagow, w ujęciu historii, geologii, faktów tutaj się dziejących. Tekst publikujemy w języku niemieckim i języku polsku z opracowania Ein Buch Der Heimat Lagow wydanym przez magistrat Lagow w 1927 roku na 200-lecie miasta.

W „KŁ” Nr 25/2015 drukowaliśmy 3 stronicowe zakończenie tego 33 stronicowego opisu Lagow. Nadal czekamy i liczymy na pracę, zainteresowanie społeczeństwa, który przetłumaczyłby ok. 26 stron tekstu (część to zdjęcia), perełki opisu lokalności … Nadal czekamy.

Kiedy przydzielono mi zaszczytne zlecenie, by z okazji jubileuszu 200-lecia istnienia Łagowa jako miasta w sensie polityczno-prawnym, rzecz ująć w formie uroczystej, wówczas było dla mnie jasne, że w mojej pracy elementem podstawowym będzie część historyczna. Ale miałem też świadomość, że zwłaszcza przy tej miejscowości również architektura i przyroda muszą uzyskać poczesne miejsce. To, że w pracy nad częścią historyczną będę miał dostęp do bogatych źródeł – było poniekąd założeniem wstępnym. Przecież historia Łagowa jest w większości historią Zakonu Joannitów w Marchii. Jako podstawowe źródła do pracy występują dwa dzieła, które dla warunków marchijskich ciągle winny być traktowane jako punkty wyjścia: Bratring’a Opis marchii brandenburskiej, wydany w Berlinie w roku 1809, oraz Fryderyka Maurer’a Kataster prowincji Brandenburg, wydawnictwo Berghaus 1856 r. Do tego dochodzą wydawnictwa szczególne dotyczące w/w Zakonu, konkretnie autorstwa A. von Winterfeld’a Historia Zakonu Rycerskiego Joannitów od Szpitala w Jerozolimie, wydana w Berlinie w 1859 r. przez wydawnictwo Marcina Brendt’a. Specjalny dodatek do „Świebodzińskiego Pisma Inteligentów”, wydawanego chyba w połowie lat 80-tych XIX w. jako seria artykułów: Miasteczko Łagów, Przyczynek do kroniki – był dla mnie jedyną większą pracą, związaną z opracowywanym tematem. Jej anonimowy autor – jest nim wg godnych zaufania źródeł Wilhelm Freier – pracował z rozmysłem i dostarcza mnóstwo materiału, lecz nieuporządkowanego i w formie niełatwej do wykorzystania, ale mimo to jego dane były dla mnie bardzo wartościowe. Szczególnie wiele ciepłych podziękowań mam dla moich współpracowników; pan organista Calsow w Łagowie był niezmordowanym dostarczycielem przeróżnych materiałów. Pan Arno Schädlich w Tursku, który przekazał mi dane o stosunkach gospodarczych w Komendzie Łagów, i który wsparł mnie ogromnie swoimi publikacjami w „Neumark” (Nowa Marchia) i w „Pismach ojczyźnianych powiatu Torzym”, oraz innymi, dotychczas jeszcze nie drukowanymi, bardzo cennymi materiałami – zasługuje na szczególne podziękowania z mojej strony. Takim samym zaufaniem obdarzył mnie też pan dr Jung-Berlin, który opracował również jeszcze niepublikowaną „Inwentaryzację dzieł sztuki w powiecie wschodniotorzymskim prowincji Brandenburg”. W tematyce przedhistorycznej łaskaw był mi doradzać pan profesor Goetze z Wydziału Prehistorycznego Muzeów Państwowych. Do części geologicznej zaoferował mi swoje nieocenione wsparcie pan prof. dr Schütze-Magdeburg, znawca okolic Łagowa. Panu Tajnemu Radcy Sanitarnemu dr Blume-Lagow zawdzięczam informacje o dawnych nazwach części jezior i innych miejscowych ciekawostkach, którym bieg czasu zagraża pójściem w zapomnienie. Chętnie też udostępniano mi drogi do archiwów państwowych i prowincjonalnych.



Konstrukcja tego opracowania została tak pomyślana, by najpierw w części geologicznej przedstawić powstawanie tego krajobrazu, który stał się sceną, na której odgrywały się ludzkie dzieje w historycznej dramaturgii. Opisałem to w trzech aktach głównych, rozdzielonych rozstrzygającymi wydarzeniami, a potem – by jeszcze raz spojrzeć na nie z łagowskiego punktu widzenia. W rozdziale dot. historii sztuki ukazano, co w kwestii zachowania zabytków uchowało się w Łagowie. No i nie mogło też zabraknąć części końcowej, w której należało ocenić element estetyczny położenia tego miasta w swoim krajobrazowym środowisku, a ocena ta jest wybitnie pozytywna.



Autorowi pióro prowadziła gorąca miłość do tego wspaniałego miejsca, będącego miłym miejscem wypoczynku i regeneracji, odmładzającym ruczajem, ale gdzie też był znój i upadki. Pisanie autora osiągnęło swój cel, jeżeli udało mu się również wśród innych utrzymać lub wzbudzić miłość do Łagowa.

Berlin, Zielone Świątki roku 1927

Wilhelm v.Obernitz
Tekst udostępnił Peter Glogowski
z Łagowa
Tłumaczenie Jan Grzegorczyk







^^ Do góry